Energia na scenie, świetny kontakt z publicznością, idealna pogoda i niezapomniana muzyka - taki był tegoroczny Ino-Rock Festival. Najsympatyczniejszy festiwal lata powrócił w ostatnią sobotę sierpnia do Inowrocławia, przynosząc fanom muzyki niebanalnej zarówno przeboje jak i muzyczne odkrycia, a przede wszystkim poczucie świetnie spędzonego czasu. Na osiemnastą edycję organizatorzy przygotowali m.in. post-rockowe pejzaże, nieco gitarowego wyrafinowania i ponadczasowe piosenki, czyli trzy fantastyczne koncerty zagranicznych gości - francuskiego Kwoon, brytyjskiego Weather Systems i mistrza melodii, znanego z Ultravox, Midge'a Ure. O godny wstęp zadbali zaś reprezentanci rodzimej sceny około-gitarowej - Sad Smiles oraz Hedone.
![]() |
| Midge Ure, fot. A.Wojcińska |
Pejzażowość, która wzrusza
Ich muzyczna wrażliwość wykracza poza gatunkowe ramy. Tworzą dźwięki, które niepozornie drążą korytarze w organizmie, wnikając stopniowo w umysł i duszę - niby delikatne, przyjemne i miłe, ale przy dłuższym obcowaniu głęboko poruszające. Muzyka francuskiej grupy Kwoon ma w sobie nieprawdopodobną siłę rażenia - niezwykle silną, bo atakującą znienacka, w najmniej spodziewanym momencie.
Po trzech świetnie przyjętych koncertach klubowych grupa wróciła na festiwalowy występ, zachwycając raz jeszcze publiczność swoją muzyczną wrażliwością - idealnym połączeniem hipnotyzującej melancholii i mocy gitar z wokalem pełnym nostalgii, ale i uroku. Francuzi zabrali publiczność w podróż na pogranicze post-rockowej przestrzenności i wzruszających melodii, o strukturze bliskiej dokonaniom Pink Floyd, Radiohead czy Archive. Podróż niezapomnianą, niezwykle emocjonalną, nieoczywistą.
![]() |
| Kwoon, fot. A.Wojcińska |
Rodzinna atmosfera
Rozkręcali się stopniowo, grając z utworu na utwór coraz intensywniej i coraz bardziej przekonując do siebie publiczność, która gromadziła się pod sceną coraz liczniej. Dźwiękom towarzyszyły klimatyczne wizualizacje, podkreślające charakter utworów. Niepozornie, trochę niezauważenie działa się magia - muzyka płynęła lekko, by za chwilę złapać za gardło i sprawić, że na moment zatrzymywał się świat, bo dany dźwięk emocjonalnie rezonował z tym, czego akurat bardzo się potrzebowało.
Absolutnie wzruszającym momentem zarówno dla publiczności jak i samych artystów było zaproszenie przez członków zespołu na scenę ich nastoletnich dzieci do wspólnego wykonania kompozycji "Life" - na gitarze zagrała córka gitarzysty, na perkusji zaś syn basistki. Po tym spotkaniu nastąpiło już porozumienie całkowite - publiczność w pełni poczuła o co w tej muzyce chodzi, co wzruszyło artystów jeszcze bardziej.
Żegnani byli bardzo serdecznie, z poczuciem delikatnego niedosytu i potrzeby dłuższego kontaktu z tą muzyką. Czy był to najlepszy koncert tego wieczoru? Bardzo możliwe, że dla części publiczności to był właśnie ten moment, który zapamiętała najsilniej...
![]() |
| Kwoon, fot. A.Wojcińska |
Nowe wcielenie uwielbianego zespołu
Byli jednym z tych zespołów, które zmieniały coś w życiu tych, którzy odkrywali te pełne pasji dźwięki. Wielowymiarowe, pełne emocji, trafiające w czułą strunę, pozwalające opisać to, co trudno wyrazić słowami. Anathema darzona była w Polsce przez fanów muzyki gitarowej szczególną estymą i tak pozostało do dziś. Choć zespół w pierwotnej formie pozostaje w artystycznym zawieszeniu, niezmiennie aktualną i poruszającą jest muzyka, którą tworzył przez trzy dekady. Artystycznie aktywny pozostał też człowiek, który grupę współtworzył - komponując partie gitar i pisząc teksty.
Daniel Cavanagh powołał do życia nowy projekt - Weather Systems, z którym wydał album, będący kontynuacją artystycznego kierunku wytyczonego przez macierzystą formację. Z tym materiałem przyjechał do Polski wraz z przyjaciółmi. Dla wielu obecnych ten koncert był spełnieniem marzeń - stęsknieni fani nieodżałowanej Anathemy otrzymali jej obecnie możliwie najbardziej bliską oryginałowi odsłonę - równie emocjonalną i równie szczerą.
![]() |
| Daniel Cavanagh, Weather Systems, fot. A.Wojcińska |
Muzyka od serca
"Ocean Without A Shore" to w 80% płyta Anathemy, jaką byśmy nagrali, gdyby nie doszło do przerwy w działalności. To zdecydowanie kontynuacja tego, co robiłem. (...) To część tego samego wszechświata, ale to nowa historia. Jest inna, bo jest trochę cięższa. Na koncertach zawsze będę grał piosenki Anathemy, które napisałem, bo bardzo je kocham. Weather Systems to nazwa naszego najlepszego moim zdaniem albumu. Ocean Without A Shore jest trochę jak sequel tego materiału” - opowiadał artysta o swoich planach i nowej muzyce przy okazji albumowej premiery. Słowa jak najbardziej dotrzymał - w koncertowej setliście znalazły się zarówno nowe kompozycje, jak i utwory Anathemy, w tym trzyczęściowy "Untouchable", "A Natural Disaster" czy "Deep", a także ulubiony, post-rockowy "Springfield".
Emocje lały się strumieniami, z każdym kolejnym utworem narastając. Świetnie na perkusji grał Daniel Cardoso, napędzając zespołowe brzmienie. Cavanagh oprócz gry na gitarze i śpiewu, który dopełniała Soraia, grał też na klawiszach. Z każdym kolejnym utworem coraz bardziej udzielała się dobra atmosfera. Zespół czuł się w Inowrocławiu jak u siebie, nawiązując z publicznością bezpośredni kontakt. Od pierwszych minut występu Daniel zachęcał obecnych do interakcji - zaprosił, by podejść bliżej i wspólnie cieszyć się muzyką, zachęcał do tańca, do klaskania i śpiewania chórków. Nagradzany owacjami zespół czuł się tak komfortowo, że w pewnym momencie muzycy postawili na bliskie spotkanie z fanami - najpierw do publiczności zeszła Soraia, by wzruszająco zaśpiewać pierwszą część "Untouchable", a następnie Daniel, na finał koncertu, grając solo z "Fragile Dreams", podtrzymując tym samym tradycję występów Anathemy, która tym utworem wieńczyła swoje występy.
Weather Systems wzruszyli i przypomnieli za co uwielbiana była Anathema - za budowanie tej bliskiej, bezpośredniej relacji, dzięki której zawsze czuło się, że muzyka może być w życiu czymś o wiele więcej niż tylko miłym towarzyszem codzienności, jednak jeszcze bardziej dobitnie przypomniał o tym koncert wieńczący tegoroczne inowrocławskie muzyczne święto.
![]() | |
|
Nieśmiertelne przeboje
Są takie piosenki, które znają i nucą kolejne pokolenia słuchaczy. Piosenki, które podobają się świadomym odbiorcom sztuki, którzy poszukują artystycznego wyrafinowania, ale też tym, którzy po prostu lubią melodie, fajny wokal i coś, co zapada w pamięć. Piosenki, które się zna, choć nie zawsze pamięta się skąd... Które się po prostu nie starzeją. Właśnie takie tworzyli Ultravox i takie nadal komponuje Midge Ure.
Artysta odnalazł złoty środek w swojej działalności - skomponował utwory ponadczasowe, które od prawie pięciu dekad nie tracą nic ze swojej siły rażenia - o uniwersalnej chwytliwości, a zarazem takie, które przykuwają uwagę na dłużej - strukturą, tekstem, głębią. Jest mistrzem - artystą wybitnym, który dba o każdy detal swoich kompozycji i stara się, by miały uniwersalne przesłanie. Jego muzyka sprawdza się niezależnie od okoliczności - zarówno w codziennych sytuacjach, jak i na scenie.
![]() |
| Midge Ure, fot. A.Wojcińska |
Niezniszczalny i pełen energii
Na scenie Ure mimo ponad siedemdziesięciu lat na karku wciąż pozostaje niezmiennie aktywny - gra na gitarze z pasją i śpiewa z pełną mocą i bardzo naturalnie. Jego głos wciąż brzmi potężnie - niósł się po festiwalowym terenie pięknie. Co równie ważne, wokalisty nie opuszcza też wrodzony luz i poczucie humoru.
"Jesteście znacznie starsi niż wyglądacie" - tymi słowami Midge przywitał publiczność po wykonaniu refleksyjnego "Dear God", zbierając ogłuszającą owację. Szczere wzruszenie i dobra energia towarzyszyły mu do końca koncertu, który wypełniły praktycznie same hity. W setliście znalazły się utwory zarówno z solowego dorobku jak i dokonań Ultravox - niezapomniane "Dancing With Tears In My Eyes", "If I Was", "Call Of The Wild", jak i genialne "Vienna", "All Stood Still", "Passing Strangers", wyczekane przez fanów "The Voice", "Love's Great Adventure", "New Europeans", potężne "Fade To Grey" czy zagrany na bis "Hymn" - każdy wykonany na sto procent, z pełną energią i nie znikającym z twarzy uśmiechem.
![]() |
| Midge Ure, fot. A.Wojcińska |
Na scenie towarzyszyli mistrzowi świetni muzycy - przesympatyczny wspierający go w chórkach basista, świetny klawiszowiec oraz perkusista, którzy doskonale wyczuwali charakter utworów, nadając im odpowiedniej mocy, a zarazem dbając o to, by nie traciły lekkości. Słuchało się ich po prostu świetnie, niejednokrotnie z niemałym wzruszeniem. W przeciwieństwie do występu na zamku w Szymbarku, który miał miejsce dwa lata temu, tym razem Ure wiele nie mówił - skupił się mocno na grze, by dostarczyć publiczności maksymalnej dawki muzyki najwyższej jakości. Nie szczędził jednak publiczności szczerych podziękowań. Niemal półtoragodzinny koncert upłynął w mgnieniu oka pozostawiając poczucie doskonale spędzonego czasu i spotkania z legendą - artystą, bez którego muzyka rozrywkowa byłaby znacznie uboższa o przeboje, które pamiętają kolejne pokolenia fanów rocka, elektroniki, czy po prostu popu.
![]() |
| Midge Ure, fot. A.Wojcińska |
Więcej zdjęć tu:
KWOON: https://www.muamart.pl/index.php/kwoon/
Weather Systems: https://www.muamart.pl/index.php/weather-systems/
Midge Ure: https://www.muamart.pl/index.php/midge-ure-ii/
Więcej o twórczości Midge'a Ure tu:
https://www.miedzyuchemamozgiem.eu/2024/07/midge-ure-dumplings-castle-nights-zamek.html
https://www.miedzyuchemamozgiem.eu/2026/05/pomiedzy-swiatami-czyli-o-ponadczasowej.html
![]() |
| Cole Stacey, fot. A.Wojcińska |








