Rock z tanecznym pulsem i przebojowym sznytem, wprost z Belgii. Taki, który wchodzi w głowę momentalnie, od pierwszego odsłuchu, a później już zostaje na zawsze. Na przestrzeni ćwierć wieku działalności Triggerfinger dali się poznać jako formacja, która świetnie odnajduje się w alternatywnych brzmieniach, stawiając na melodyjność, a jednocześnie zaskakując niekonwencjonalnymi rozwiązaniami.
Zespół wrócił we wrześniu z doskonałym nowym albumem studyjnym, na którym kroczy przez kolejne rozdziały tanecznym krokiem. Spotkałam się z Rubenem i Mario na kilka dni przed premierą "Tarmac". Pogadaliśmy trochę o nowych pomysłach, o biegu i pędzie codzienności i o tym, jak na rytm naszego życia wpływa otoczenie. Panowie opowiedzieli mi też o koncertach u boku The Rolling Stones, o pobycie w Los Angeles i o niezwykłym rytmie tego miasta.
![]() |
| Triggerfinger, fot. mat. prasowe |
Między Uchem A Mózgiem: Bardzo się cieszę, że Triggerfinger wraca z nową płytą. Nie było Was prawie dekadę. Jakie to uczucie być z powrotem z nowymi pomysłami i odrodzić się zespołowo w nowej rzeczywistości?
Ruben Block: Tak naprawdę nigdzie nie zniknęliśmy - zmieniły się troszkę priorytety. Kilka lat zajął nam studyjny powrót, przez co można było mieć wrażenie, że zrobiliśmy sobie przerwę. Przez te wszystkie lata cały czas koncertowaliśmy. Wydaliśmy też płytę koncertową, gdy Paul (Van Bruystegem - basista) postanowił wycofać się z tras. Nie grywaliśmy jednak dużych tras w całej Europie, co również mogło sprawiać wrażenie, że nie jesteśmy zbyt aktywni. W międzyczasie angażowaliśmy się też w różne projekty, także solowe, ale nadszedł w końcu czas, by otworzyć kolejny rozdział.
MUAM: "Tarmac" to świetna płyta - bardzo chwytliwa i pełna energii, z rock'n'rollowym pazurem, a zarazem bardzo dopracowana stylistycznie. Jak wyglądał proces nagraniowy? Różnił się nieco od pracy nad Waszymi poprzednimi wydawnictwami, prawda?
Mario Goossens: To była świetna zabawa i faktycznie nieco inne podejście. Gdy Paul zdecydował się opuścić zespół z powodów zdrowotnych postanowiliśmy, że nas to nie złamie, że będziemy nadal grać, bo po prostu to kochamy. Rozmyślaliśmy jak poradzić sobie z nowym wyzwaniem. Po ostatniej trasie z Paulem wyjechaliśmy do Los Angeles, by spotkać się z naszym przyjacielem i producentem Mitchellem Froomem, z którym pracowaliśmy już przy "Colossus" i z którym Ruben działał przy swojej solowej płycie. Zapytaliśmy go, czy chciałby podjąć współpracę ponownie i zgodził się momentalnie.
Musieliśmy zmienić nieco podejście do komponowania, gdy z tria staliśmy się duetem. Wcześniej przeważnie przed wejściem do studia sporo ćwiczyliśmy, przygotowując kolejne piosenki. Tym razem mieliśmy jedynie zarysy pomysłów, piosenki dopiero zaczynały się kształtować i powstawały w studiu. Podeszliśmy do komponowania bardziej spontanicznie. W ciągu dwóch lat, podczas których powstawał ten album wracaliśmy kilka razy do studia, w międzyczasie rejestrując różne pomysły w swoich prywatnych przestrzeniach. Ta zmiana modelu pracy wyszła nam na dobre, świetnie się przy tym bawiliśmy.
MUAM: Album brzmi bardzo świeżo, współcześnie, ale zachowując przy tym aurę radia i lat dziewięćdziesiątych. Ciekawie obserwuje się ewolucję Waszego stylu muzycznego. Jak kształtował się on z Waszej perspektywy?
Ruben: Nie da się dokładnie przewidzieć, jak to wszystko się potoczy; człowiek dojrzewa i zmienia się. Starasz się tworzyć muzykę, która jest dla ciebie interesująca i ekscytująca – w naszym przypadku oznacza to, że nie próbujemy powielać ani kopiować tego, co robiliśmy wcześniej. Mamy już na koncie tamte albumy i zawsze staraliśmy się stworzyć coś ekscytującego. Zmienia się punkt widzenia – z wiekiem inaczej patrzysz na otaczający świat, który sam też ulega przemianom; zmieniasz się jako człowiek i próbujesz to wykorzystać w procesie tworzenia muzyki oraz w relacjach z ludźmi, z którymi współpracujesz.
MUAM: "Tarmac" opowiada o tym, co dzieje się współcześnie. Poruszacie na tej płycie między innymi zagadnienie przebodźcowania napływem informacji, które otrzymujemy każdego dnia i prób odnalezienia się w chaosie.
Ruben: To zdecydowanie prawda. Rzeczywiście, sytuacja wygląda zupełnie inaczej niż na przykład dwadzieścia lat temu. To kwestie, z którymi musimy nauczyć się żyć – zarówno my, jak i nasze dzieci. Warto o tym rozmawiać, pytać je, jak sobie radzą z tym napływem i technologiami i co uważają za problematyczne, trudne.
Nie wszystko jest jednak złe - to zjawisko ma różne oblicza. Z jednej strony to bardzo wygodne, że ma się natychmiastowy dostęp do wszelkich informacji, ale bywa też ciężko i trzeba umieć się od tego odciąć, może nawet na chwilę wyjść z tego świata. Pojawia się też kwestia tego, jak prezentujemy się w tym wirtualnym oknie: co chcemy pokazać innym, a co zachować dla siebie. Intymność i prywatność w sieci to sprawy, o które trzeba dbać, ale jednocześnie media społecznościowe to pole do eksperymentów. To medium, które pozwala na zabawę obrazem; w moim przypadku wiąże się to głównie z muzyką, ale można je wykorzystywać na wiele sposobów.
MUAM: Kreowania wizerunku w mediach społecznościowych dotyczy między innymi utwór "Everybody's Looking", ale jest na tej płycie też sporo czysto osobistych aspektów, prawda?
Ruben: Tak, w gruncie rzeczy chodzi o życie i o to, co dzieje się wokół nas. Kiedy zaczynasz pisać tekst, nie wiesz jeszcze, o czym dokładnie będzie. To zazwyczaj tylko kilka słów czy zdań, które po prostu ci się podobają – urzeka cię ich rytm i brzmienie. To jest najważniejsze. Dokładasz kolejne warstwy i próbujesz się tym bawić. To nazywa się po prostu graniem muzyki, ale dla mnie najlepszym sposobem na znalezienie właściwych słów jest wprowadzenie się w nastrój zabawy - bawię się słowami, wrzucam je do utworu i obserwuję, jak ze sobą współgrają. Często znaczenie słowa, temat czy historia pojawiają się nieco później – dopiero gdy mam już kilka konkretów. Słowa ewoluują w zwrotki i refreny, i dopiero wtedy uświadamiam sobie, o czym tak naprawdę jest utwór. Czasami konkretny temat pomaga – otwiera drzwi do nowych pomysłów – a innym razem sprawia, że zadanie staje się trudniejsze. Tak czy inaczej, to zawsze interesujący proces.
Chodzi o życiowe wyzwania i o to, co przychodzi z czasem; pisząc, nie zawsze zdajesz sobie sprawę, jaki będzie ostateczny kształt całego albumu. W trakcie nagrywania płyty zarówno Mario, jak i ja mierzyliśmy się z bardzo osobistymi sprawami. Zmarła mama Mario, a moi rodzice musieli trafić do domu opieki – potrzebowali pomocy. Nasza sytuacja i układ sił w rodzinie zmieniają się wraz z wiekiem. Gdy jesteśmy młodzi, głową rodziny są rodzice, bo to oni za nas odpowiadają; starają się nam pomagać, uczą nas różnych rzeczy, wspierają w pierwszych relacjach, aż nagle role się odwracają i to oni potrzebują naszej pomocy. Stajesz się głową rodziny – czy tego chcesz, czy nie – i musisz się z tym zmierzyć, pomóc tym ludziom bezpiecznie „wylądować”. Dlatego „Tarmac” okazał się dobrym tytułem dla tego albumu. Starsi znajdują swoje miejsce do lądowania, a w międzyczasie dzieci „odlatują” w świat, mierząc się z własnymi małymi porażkami i sukcesami. Starasz się je wspierać. Dynamika i proces odnajdywania się pomiędzy tymi dwoma podejściami do życia jest niezwykle ciekawy.
MUAM: To świetny tytuł, który bezpośrednio też łączy się z miastem, z jego dynamiką i rytmem. Jest w tej muzyce rytm Los Angeles, puls wielkiego miasta, który każdy mieszkaniec kształtuje własnym rytmem i energią. Zachwyciły mnie teledyski towarzyszące albumowi - dodają tej opowieści nowego wymiaru. Łączy je spójna choreografia. Skąd pojawił się ten pomysł? Chcieliście oddać ducha przemierzania przez kolejne życiowe etapy w danym tempie i pokazać tę różnorodność między ludźmi?
Ruben: Dokładnie – w dzisiejszych czasach wszystko staje się wizualne. Muzyka też potrzebuje oprawy wizualnej. Rozmawialiśmy z Mario o tym, jak stworzyć coś fajnego, co dobrze współgrałoby z piosenkami. Konsultowaliśmy się też z naszym przyjacielem, fotografem Charliem De Keersmaeckerem, który dołączył do nas w Los Angeles, robił zdjęcia, słuchał utworów i uczestniczył w całym procesie twórczym, będąc z nami w studiu. Po pewnym czasie zdecydowaliśmy, że wrócimy tam jeszcze na 10 dni, by zająć się wyłącznie filmowaniem. Poprosiliśmy zaprzyjaźnionego choreografa o przygotowanie prostych układów tanecznych, ale z Mario nie baliśmy się też improwizować. Improwizacja, zwłaszcza przy tych prostych układach wykonywanych podczas spacerów po mieście – szczególnie w centrum – ma swoje granice. Każdy przecież porusza się w rytm własnej choreografii życiowej; czasem jest to wybór, jak w przypadku skatera czy osoby na rolkach filmującej swoją jazdę przez miasto, a chwilę później widzisz schorowanego człowieka, który ledwo porusza się przed siebie albo bezdomnego – dla nich to nie kwestia wyboru, lecz konieczność wynikająca z sytuacji. Obserwowanie tej miejskiej dynamiki jest naprawdę fascynujące.Te emocje, nastroje i życie miasta fajnie się ze sobą przeplatały.
Pracowaliśmy z kameralną ekipą - Charlie nas filmował, a żona Mario, Natalie, pełniła funkcję asystentki produkcji, dbając o cały sprzęt, kamery i obiektywy. To było wspaniałe doświadczenie! Fajnie widzieć, że to wszystko dobrze wygląda na ekranie i że udało nam się stworzyć wokół tego albumu kilka krótkich historii. Mam nadzieję, że dobrze dopełniają one muzykę.
MUAM: Zdecydowanie tak. Zwracają też uwagę na to, że żyjąc w mieście ciągle biegniemy przed siebie, chcąc dostać się jak najszybciej z punktu A do punktu B. Często w tym pędzie nie zauważamy tego, co nas otacza. Budujemy rytm miasta, nie mając świadomości tego, co tak naprawdę się dzieje, tym bardziej, jeśli pędzimy z nosem zanurzonym w telefonie. By dostrzec tę dynamikę i to, jak funkcjonuje miasto, trzeba nabrać dystansu, rozejrzeć się wokół siebie.
Ruben: Prawda. Obecnie ludzie oczekują, że wszystko będzie miało formę wizualną. Świat nastawił się na obraz, co widać choćby w mediach społecznościowych, a jednocześnie ludzie poświęcają na odbiór treści zaledwie około 15 sekund. Trudniej jest sprawić, by obejrzeli coś dłuższego.
Mimo to uznaliśmy, że stworzenie pełnego teledysku dopełniającego muzykę jest bardzo ważne. Również dlatego, że niektórzy szukają muzyki w innych serwisach, na przykład na YouTube, gdzie taki pełny obraz można obejrzeć. Choć produkcja teledysku to mnóstwo pracy, choćby ze względu na bardzo czasochłonny montaż, fajnie jest spróbować zgrać obraz z rytmem, dopasować go do muzyki i sprawić, by całość ze sobą współgrała. Zdecydowanie było warto!
MUAM: Muzyka w dzisiejszych czasach nie ma łatwo, to prawda. W serwisach streamingowych trzeba próbować łapać uwagę odbiorcy, który ma kilka-kilkanaście sekund na sprawdzenie, czy dana piosenka mu się podoba, inaczej przełączy się na kolejną. Tymczasem powinno się poświęcić czas, by zrozumieć zamysł danej muzyki, posłuchać pełnej opowieści, bo dopiero wtedy można znaleźć w niej coś dla siebie.
Mario: Ludzie odbierają dziś muzykę inaczej niż kiedyś. Rozprasza ich mnóstwo rzeczy, mają w telefonach całe mnóstwo treści. Czasem po prostu zapominają rozejrzeć się dookoła i dostrzec to, co mają tuż przed sobą. Z muzyką jest tak samo. Wszyscy dorastaliśmy, słuchając jednej płyty po drugiej, a wraz z nadejściem streamingu wszystko się zmieniło. Czy to źle? Trudno powiedzieć. Obserwując młodych ludzi, którzy odkrywają muzykę w zupełnie inny sposób niż my kiedyś, widzę, że to po prostu nowa rzeczywistość – zmiana, której nie da się cofnąć. Trzeba się z tym pogodzić i znaleźć własną drogę. Nie ma sensu niczego udawać; najlepiej robić to, co podpowiada intuicja. Tak samo jest w przypadku muzyki - można korzystać z mediów społecznościowych na własnych zasadach, tak jak nam wygodnie, zamiast zmuszać się do działań, które nam nie odpowiadają – zwłaszcza gdy jest się nieco starszym. TikTok do mnie nie przemawia. Nie czuję się tam swobodnie. To dla mnie dziwne miejsce. Myślę, że każdy musi dokonać własnego wyboru.
MUAM: Zdecydowanie, chodzi o to, by być sobą. Cieszę się, że jest jeszcze przestrzeń dla muzyki rockowej. Jak wspominacie koncerty u boku The Rolling Stones?
Mario: Mieliśmy szansę doświadczyć tego dwukrotnie. W Londynie grali w Hyde Parku, jeden z największych koncertów w karierze, historyczny. Byliśmy tam wtedy i występowaliśmy na mniejszej scenie. Drugi raz graliśmy u ich boku w Belgii, na festiwalu, gdzie występowali też Stonesi – w zasadzie całą imprezę zorganizowano wokół ich koncertu. Pamiętam, jak wychodziłem na scenę i oglądałem występy wcześniejszych zespołów, a tuż obok mnie stał Mick Jagger w kurtce typu „bomberka" i też przyglądał tym występom, tyle że w towarzystwie dwóch potężnych ochroniarzy. Początkowo nawet nie zauważyłem, że stoi tuż obok - zdałem sobie z tego sprawę dopiero, gdy się odwrócił, by pójść na zaplecze. Mieliśmy okazję nieco podpatrzeć ich przygotowania do koncertu. Byli wtedy po siedemdziesiątce, a mimo to imponowali formą. Mick Jagger miał przygotowaną specjalną strefę tylko dla siebie; słyszałem, jak biegał tam i z powrotem – trenował na godzinę przed występem, był niesamowicie skupiony.
Ruben: Fajnie było też zobaczyć całą tę scenografię i przejść obok zestawu perkusyjnego Charliego. To naprawdę ekscytujące. Czułem się jak dziesięciolatek! Takich rzeczy nie przeżywa się na co dzień.
MUAM: A czy sam ich występ wpłynął na Was kreatywnie? Na Wasze podejście do muzyki?
Ruben: Dobry koncert to zawsze niesamowita sprawa. To doświadczenie, które skłania do refleksji nad tym, co robimy. Kiedy udaje się zagrać świetny występ dla tak różnorodnych ludzi – osób, które nie znają się wzajemnie i o których nie wiemy, co myślą ani co lubią, a które przyszły po prostu obejrzeć koncert i poczuć muzykę i kiedy uda się wprowadzić ich wszystkich w ten sam nastrój, to naprawdę ekscytujące uczucie.
Muzyka jest nieodłącznym elementem wielu moich najbardziej poruszających przeżyć. Oglądanie i słuchanie świetnej muzyki dosłownie czyni życie lepszym; czasem to po prostu czysta przyjemność, a czasem impuls do przemyśleń – czy to za sprawą samej muzyki, czy tekstu piosenki. To rozrywka, ale moim zdaniem niezwykle ważna.
Jeśli chodzi o The Rolling Stones – oglądanie ich na żywo, zwłaszcza w Hyde Parku, było niesamowitym przeżyciem. To zespół rockandrollowy, ale zdumiewało to, z jaką lekkością grali. Nie było w tym ciężaru ani toporności; całość wręcz „tańczyła” - ta lekkość muzyki była niezwykle inspirująca.
MUAM: Tę taneczną lekkość czuć także w Waszych dokonaniach i będzie okazja doświadczyć jej na dwóch klimatycznych, kameralnych koncertach w Poznaniu i w Warszawie. Jak z Waszej perspektywy zmienia się percepcja koncertu w mniejszym klubie w porównaniu z festiwalową sceną?
Mario: To dwie zupełnie inne sprawy. Na festiwalu publika jest straszliwie daleko, w małym klubie masz natomiast wrażenie, że ludzie stoją z tobą twarzą w twarz. Są za to bardzo oddani i zaangażowani. Graliśmy w Polsce kilka takich bezpośrednich koncertów, pamiętam ten niedawny w Poznaniu, w wypchanym po brzegi barze. Bardzo podobała mi się energia, która mu towarzyszyła - cały klub tańczył, było bardzo intensywnie. To jest właśnie esencja koncertu, najlepsze doświadczenie, jest ta szczerość. Festiwalowa scena wymaga od ciebie zawalczenia o bycie zauważonym, rozbudowania nieco ego, ale oba te doświadczenia są ważne i cenne.
MUAM: Ta bezpośredniość i szczerość są bardzo istotne szczególnie w czasach, gdy muzykę bardzo łatwo wygenerować. Ta energia tłumu, żywe emocje są niezastąpione.
Mario: To jest tak naprawdę jedyna rzecz, której AI nie jest w stanie wyprodukować. Nie da się doświadczyć tej energii poprzez ekran. Chociaż kto wie, co będzie za dwadzieścia lat...
MUAM: Myślę, że są jakieś granice i aż tak źle nie będzie. Nie da się zastąpić obecności drugiej osoby i wspólnego doświadczania.
Mario: Też tak myślę. Koncerty to świetna forma spotykania się z przyjaciółmi i bycia razem.
MUAM: Dzięki piękne za Wasz czas, to był zaszczyt. Wszystkiego dobrego i do zobaczenia w Polsce.
Mario & Ruben: Dzięki, do zobaczenia!
"Tarmac" ukazał się 18 września nakładem Sony Music. Jest dostępny m.in. tu: https://tinyurl.com/4mb86pz8
Triggerfinger przyjadą do Polski już pod koniec miesiąca - 24.10 zagrają w poznańskich 2Progach, a 25.10 w warszawskiej Hydrozagadce. Na koncerty zaprasza Winiary Bookings. Bilety znajdziecie na www.winiarybookings.pl


