wtorek, 3 listopada 2026

Sto procent autentyczności, czyli o odwiedzinach Sleaford Mods w warszawskiej Stodole

Czyhające za rogiem widmo światowego konfliktu społecznego, kryzysu gospodarczego i zagrożenia bezpieczeństwa niejednej osobie spędza sen z powiek. Do tego wszechobecny pęd i różne bardziej i mniej ważne sprawy - wszystko to sprawia, że człowiek gubi się w tym, co, jak, po co i dlaczego. 

W otaczającym chaosie nie pozostaje nic innego jak robić swoje, o czym doskonale wiedzą Sleaford Mods. Brytyjski duet przyjechał do Warszawy, niosąc publiczności dużo radości i równie tyle okazji do refleksji.  

 

Sleaford Mods, fot. A.Wojcińska

  

Śmiech lekarstwem na chaos 

Śmiech to jedno z najlepszych lekarstw na "całe zło", a gdy połączy się go z muzyką, powstaje niesamowicie skuteczny odstresowywacz, który pozwala uporządkować myśli. Chris Hughes z grupy Fat Dog powiedział mi niedawno w rozmowie, że humor, szczególnie ten mroczniejszy, to domena Brytyjczyków, którzy żartują ze wszystkiego, co ich trapi, z czym się zmagają, pod warstwą żartów skrywając to, co naprawdę myślą. Ta obserwacja jak ulał pasuje do usposobienia członków Sleaford Mods i przesłania ich twórczości. Poprzez humor oswajają zarówno osobiste jak i społeczne niepokoje. Ich muzyka skierowana jest do wszystkich tych, którzy nie zgadzają się z zastanymi realiami, walcząc o poprawę własnego losu każdego dnia ciężką pracą i wyrzeczeniami. Do tych, którzy doświadczają niesprawiedliwości, którzy chcą coś zmienić i odnaleźć własne miejsce. Tych, którzy nie boją się iść własną drogą i robić swoje. 
 
Sami muzycy przeszli przecież długą i wyboistą drogę, zanim zostali zauważeni i docenieni. Przywilej tworzenia muzyki i jeżdżenia po świecie zdobyli nie po znajomości, lecz  wypracowali ciężką i wytrwałą pracą, wkładając w swoją twórczość całe serce, krok po kroku rozwijając i doskonaląc swój niebanalny styl, oparty na mocnych, intensywnych beatach Andrew Fearna i niepodrabialnej ekspresji wokalnej Jasona Williamsona. Tu rap zderza się z elektroniką, rockową mocą i punkową surowością, a wszystko doprawione jest solidną dawką absurdu i przewrotności. Pięknie pokazują to zarówno pierwsze wydawnictwa duetu, jak i najnowsze, nieco bardziej przebojowe propozycje - "UK Grim" i "The Demise Of Planet X". Z tej ostatniej płyty, wydanej w styczniu tego roku zabrzmiało najwięcej, bo aż jedenaście kompozycji, budując klimat koncertu balansujący gdzieś pomiędzy charyzmą z pogranicza rapu i punku i pełnym absurdu performance'm, w którym prym wiedli wokalista-raper, tańczący DJ i komputer. Bardzo współczesny, bardzo apokaliptyczny i choć w przekazie mocno osadzony w rzeczywistości, to nieco odrealniony. 

 

Jason Williamson, fot. A.Wojcińska

Raper, tancerz i komputer  

Od pierwszych minut występu publiczność zaatakowała obezwładniająca energia basów i wyrazistej ekspresji wokalnej, które z każdą kolejną minutą narastały, prowadząc w nieoczywiste rejony - z jednej strony zachęcając do szaleństwa, z drugiej zaś nie pozwalając oderwać choć na moment wzroku od sceny. Nieustannie coś się działo - uwagę przykuwali zarówno tańczący DJ, Andrew Fearn, sprawujący pieczę nad podkładami i sprzętem, jak i charyzmatyczny Jason Williamson, który nie tylko świetnie rapował i śpiewał, ale też nieustannie grał jakąś rolę - tańcząc czy imitując różne zachowania - chcąc zwrócić przy pomocy humoru uwagę na istotne zagadnienia - ważne z osobistego punktu widzenia, ale też uniwersalne, bo dotyczące wszystkich.

Nie zabrakło charakterystycznych elementów performance'u artysty - popisów z butelką na głowie, rozciągania koszulki, "prezentacji" rodem z modowego wybiegu, scenek sytuacyjnych, piruetów, spacerów z mikrofonem i wymachiwania statywem. Tak absurdalnych, że choć wydają się niekiedy nieco banalne, są absolutnie nie do powtórzenia przez postronną osobę. Przykuwają uwagę i zostają w głowie. To doświadczenie tak osobliwe, że nie sposób opisać go jednoznacznie słowami, a zarazem tak autentyczne, bo tylko ten duet jest w stanie wywołać określone emocje taką formą ekspresji. Jak to możliwe? Po prostu Sleaford Mods robią swoje - z odpowiednią mocą przekazu, z wykorzystaniem niekiedy radykalnych środków, nie przebierając w słowach, ale jednocześnie z wyczuciem na otoczenie i z ogromnym dystansem do samych siebie. 



Andrew Fearn, fot. A. Wojcińska

Wyjątkowe porozumienie 

Jason Williamson i Andrew Fearn rozumieją się bez słów. Przyjaciół łączy wyjątkowa energia, która decyduje o autentyczności i szczerości tych występów. Dają z siebie na scenie maksimum, bawiąc się w najlepsze, a jednocześnie bacznie przyglądając się reakcjom publiczności, komunikując się drobnymi gestami porozumienia. Budują komfortową przestrzeń do konfrontacji z emocjami poprzez humor i zabawę. 

Williamson jest wyjątkowym wokalistą - pośród przekleństw i mocnego języka skrywa swoją ogromną wrażliwość na świat, otwartość i ciekawość. Choć uwielbiają go tłumy, niezmiennie pozostaje skromny i twardo stąpa po ziemi. Po niezwykle ekspresyjnym wykonaniu kipiącym od mocnych słów, wyzwisk i emocjonalnych konfrontacji, po prostu skłania się nisko i szczerze okazuje wdzięczność za wysłuchanie ze świadomością, że ta sztuka nie jest dla wszystkich i wymaga od odbiorcy dystansu i otwartości. 

 

Jason Williamson, fot. A.Wojcińska

Otwarta i uważna publiczność  

Publiczność doceniła tę ekspresję, przyjmując grupę niezwykle ciepło i reagując na kolejne utwory bardzo żywiołowo, trafnie wychwytując momenty do szaleństwa oraz te do zatrzymania się na chwilkę. Zespół strzelał kolejnymi hitami i coraz to ciekawszymi beatami, sięgając nawet po własną wersję "West End Girls" z repertuaru Pet Shop Boys. Utwory płynnie łączyły się ze sobą, aż niezauważenie dotarliśmy do finałowego "Tweet Tweet Tweet", po którym muzycy w podskokach i ukłonach zeszli ze sceny żegnani ogłuszającą owacją wciąż pulsującej od emocji publiczności. Jason Williamson wiele tego wieczoru nie mówił - nie musiał, bo wszystko, co najważniejsze przekazał poprzez muzykę. Kto wsłuchał się w teksty poszczególnych piosenek, z pewnością wyłapał niejedno "drugie dno" - osobiste przemyślenia, emocje, które po latach powracają we wspomnieniach, czy refleksje nad otaczającą rzeczywistością. 

Zauważył za to z wyraźnym smutkiem ze sceny, że półtoragodzinny występ upłynął błyskawicznie,  dziękując fanom za uwagę i zaangażowanie, okazując ogromną wdzięczność za wsparcie i tak liczne przybycie,  życząc wszystkim wytrwałości i prosząc, by dzielili się z ludźmi dobrocią. Warszawska Stodoła wypełniła się na tyle szczelnie, by parkiet nie świecił pustkami, pozostawiając jednocześnie wszystkim chętnym do tańca wystarczająco dużo miejsca, by mogli bez trudu i obijania się o współtowarzyszy dać się ponieść emocjom. Klub kipiał od energii i szczerego, wzajemnego porozumienia. Wszystko brzmiało bardzo dobrze, dzięki czemu doświadczenie tej muzyki było naprawdę ogromną przyjemnością. W obliczu ostatecznie nieuchronnej apokalipsy nie pozostaje przecież nic innego, jak być obecnym tu i teraz i czerpać z każdej chwili maksimum. Ten koncert był ku temu idealną okazją. 


 

Andrew Fearn, fot. A. Wojcińska

 

Na koniec dodam tylko jeszcze, że wieczór otworzył inny duet - berliński Not Your Saints, również eksperymentujący z elektroniką, ale stawiający na eteryczne żeńskie wokale i podkłady dopełnione gitarą. Ciekawy, choć nie do końca chyba pasujący akurat w połączeniu z radykalną muzyką Sleaford Mods. 

 

Więcej zdjęć znajdziecie tu: 

Not Your Saints: https://www.muamart.pl/index.php/not-your-saints/

Sleaford Mods: https://www.muamart.pl/index.php/sleaford-mods-ii/

 

Więcej o Sleaford Mods tu: 

https://www.miedzyuchemamozgiem.eu/2026/10/sleaford-mods-algorytmy-dyktuja-nam-co.html 

https://www.miedzyuchemamozgiem.eu/2023/08/przewodnik-po-piosenkach-sleaford-mods.html

https://www.miedzyuchemamozgiem.eu/2023/10/przewodnik-po-piosenkach-sleaford-mods.html  

 

Jason Williamson, fot. A.Wojcińska