czwartek, 21 maja 2026

Trzydniowe świeto riffów, czyli o bardzo udanej edycji berlińskiego Desertfestu

Zespoły z całego świata, fuzz, przestrzenie, emocje na dłoni, pełne sale i świetna atmosfera - kolejna edycja berlińskiego Desertfestu przyniosła fanom gitarowych brzmień dużo radości. W klimatycznych przestrzeniach Columbiahalle i Columbia Theater przez trzy dni rozbrzmiewały dźwięki w stylu stoner, doom, sludge, post i jeszcze kilku odmian rockowo-metalowej ekspresji. Publiczność stawiła się tłumnie, pokazując, że w czasach pędu i sztuczności warto zwolnić i pochylić się nad tym, co prawdziwie poruszające. 

 

Russian Circles

 

Jak zawsze najwyższa jakość  

Desertfest to marka, to jakość. To także klimat, to ludzie, którzy regularnie tu wracają i tworzą legendę tego festiwalu. To muzyka, która jest nie tylko świetna, ale też szczera i pełna pasji. Kolejna edycja festiwalu, która miała miejsce w dniach 14-16 maja 2026, tylko to potwierdziła. 

Sprawna organizacja i brak problemów technicznych sprawiły, że można było czerpać energię z muzyki, ciesząc się najwyższą jakością dźwięku i na każdym kroku przypominać sobie, dlaczego brzmienie gitar jest nam tak bliskie. Za co lubimy te wciągające solówki, psychodeliczne odjazdy, zgrzytliwe riffy i wciągające melodie. Dlaczego to właśnie ta muzyka sprawia, że uśmiech wraca na usta i humor poprawia się momentalnie. Oczywiście ze zdwojoną siłą działa, gdy jest niezależna, szczera i pełna pasji. 

Truckfighters
 

Połamane piosenki

Nośni, przebojowi i widowiskowi niczym Foo Fighters, ale w przeciwieństwie do wielkiej gwiazdy w pełni niezależni i grający znacznie ciężej. Truckfighters roznieśli główną scenę swoją energią, dostarczając publiczności solidnej dawki rock'n'rolla podkręconego psychodelicznym, sfuzzowanym brzmieniem. Szwedzi od lat robią swoje, a publiczność czerpie energię z ich szalonych koncertów, podczas których nie brak tańców i skoków zarówno na scenie, jak i na widowni. Energia w Columbiahalle była potężna, dzięki czemu ten występ był zdecydowanie jednym z tych, które zostaną na dłużej. Taka dawka skoków jest jak naprawdę dobry trening! Skakać można było też do przebojowych piosenek headlinerów drugiego dnia, grupy Red Fang

 

publiczność podczas koncertu Red Fang

Dobrych piosenek w tym roku nie brakowało i właściwie każdego dnia fani nośnych refrenów mogli znaleźć coś dla siebie. Pośpiewać do bluesowo-rock'n'rollowych hymnów można było pośpiewać też z nieszczędzącymi energii weteranami z Hermano czy uwielbianym w Niemczech stoner-rockowym Greenleaf, a nieco połamane, ale wciąż piosenki - chwilami dość rozbudowane zaproponowali Crippled Black Phoenix. Także i tu dobrej energii i klimatu nie brakowało - kolektyw rozpoczął nietypowo - od saksofonowej improwizacji, stopniowo rozwijając kompozycje balansujące na pograniczu progresywnej wirtuozerii, post rocka i alternatywy. 

Z utworu na utwór działo się coraz więcej, a klimatu całości dodawała specyficzna mgła spowijająca scenę. Zabrzmiały zarówno nowe utwory jak i starsze kompozycje dobrane tak, by wpisać się w charakter nowego materiału - mrocznego i surowego.  

Berliński występ był finałowym koncertem trasy promującej nowy album "Sceaduhelm". Zwieńczyła go prawdziwa impreza z gościnnym udziałem muzyków grupy Temple Fang, z którymi Crippled Black Phoenix się przyjaźnią. Temple Fang zagrali zresztą tego dnia świetny koncert na małej scenie w Columbia Theater. 

 

Justin Greaves, Crippled Black Phoenix

 We własnej lidze

Wyjątkowi, niezwykle zdolni, z głowami pełnymi pomysłów -   King Buffalo grają we własnej lidze - z pomysłem, z energią, z werwą - zawsze na najwyższym poziomie, zawsze proponując coś innego. Choć tym razem byli nieco ograniczeni fizycznie ze względu na kontuzję wokalisty, który wszedł na scenę o kulach, i tak nie szczędzili energii, budując set w oparciu o najmocniejsze kompozycje. Wybrali sześć utworów, które zadziałały na fanów dobrej muzyki jak magnes. Gdyby mieli w zanadrzu nowy album, prawdopodobnie zagraliby dwa razy dłużej na finał wieczoru, roznosząc scenę w pył. Mimo to i tak publiczność stawiła się tłumnie, wypełniając szczelnie nie tylko płytę, ale też wszystkie balkony, a po koncercie wychodziła z sali, a niekiedy i z festiwalowego terenu z poczuciem spełnienia. Nie warto było jednak wychodzić, bo po ich koncercie miał miejsce ten absolutnie najbardziej wyjątkowy i wyczekany. 

King Buffalo

 

Wyczekany, wyjątkowy koncert 

Nie było ich ładnych kilka lat - ostatni raz miałam przyjemność usłyszeć ich na żywo w 2019 roku, u boku Neurosis. A skoro ich przyjaciele wrócili atakując ze zdwojoną siłą doskonałym nowym albumem, najwyższy czas także na ich studyjny i koncertowy powrót. Trio YOB to absolutnie jeden z najlepszych zespołów na świecie poruszający się na pograniczu sludge'u, doom'u i psychodelii, grający fenomenalne koncerty. Przyjechali do Europy tylko na jeden weekend, by zagrać w Brukseli i w Berlinie, gdzie od lat mają wierną publiczność. Znów zachwycili, przypominając za co tak bardzo cenione jest to brzmienie - pełne energii, a zarazem niezwykle hipnotyzujące, podkreślone mocnym, potężnym głosem, oparte na absolutnej synergii trójki przyjaciół. Pełne także właściwości terapeutycznych, pozwalające oderwać się od rzeczywistości. Ich występ był fantastycznym rytuałem. 

Wokalista Mike Scheidt podkreślał ze sceny, że zespół pracuje nad nową płytą. Dowodem na to niech będzie psychodeliczny, nieco balladowy nowy utwór, który wybrzmiał ze sceny tego wieczoru, będąc ciekawym dodatkiem do mocnego brzmienia, wprawiającego ściany w drgania. Co będzie dalej, pewnie niebawem się dowiemy. Obiecali też wrócić na trasę - oby tak się stało! 

YOB

Instrumentalny ciężar na najwyższym poziomie 

Trzeci dzień festiwalu zdominował post-metal, w dodatku w instrumentalnej odsłonie. Pierwszy mocny akcent postawili tu muzycy grupy Pelican, dostarczając mocnego gitarowego konkretu. Wieczór bezapelacyjnie należał jednak do amerykańskiego tria Russian Circles, które po potężnym występie na Dunk Festivalu zagrał na berlińskim Desertfeście wzruszająco i z pełną mocą. Oni także wrócili po kilku latach, by jeszcze raz zachwycić swoją muzyką, podobnie jak w przypadku Yob opartą na pełnym porozumieniu przyjaciół. Również zagrali przekrojowy set, sięgając po to, co w ich dorobku najlepsze - potężne riffy, obezwładniającą moc perkusji i transowe melodie rodzące się z powtarzanych sekwencji, które wwiercają się w umysł - post metal w pełnej krasie i najwyższej jakości. Tych muzycznych dialogów, popartych uśmiechami muzyków, którzy czuli się na scenie świetnie, słuchało się wybornie. Wydarzyło się coś, co trudno uchwycić słowami - tam po prostu trzeba było być i współodczuwać te emocje w czasie rzeczywistym. Coś, co zostanie na długo. Naprawdę. 

 

Brian Cook, Russian Circles

Instrumentalnych popisów było w tym roku naprawdę dużo. Ci, którzy lubią przede wszystkim muzykę instrumentalną z przewagą stoner'owo-fuzzowych rytmów, znaleźli coś dla siebie podczas świetnych koncertów The Sword, Earthless czy Rotor, zanurzając się w riffach, solówkach i przestrzeniach. 

 

Pelican

Mocna mała scena 

Przytulna przestrzeń Columbia Theater tym razem wypełniała się po brzegi znacznie częściej niż w latach ubiegłych, do tego stopnia, że gdy już się do środka weszło, trudno było o choć odrobinę przestrzeni na korytarz powrotny. Mimo że ochrona dzielnie walczyła, wprowadzając system rotacyjny wejścia na salę, i tak tłumy słuchały koncertów także przed wejściem na salę. 

Świetny koncert dla kompletu publiczności zagrały dziewczyny z Blackwater Holylight, dużo wrażeń dostarczyli też pustynni wirtuozi z Nebula i post metalowa Toundra. W pył roznieśli salę thrashowcy z Zerre. Piękny, klimatyczny post-rockowy set z wyraźnie zaznaczonym udziałem wiolonczeli zagrali EF. Działo się bardzo dużo, a to jedynie muzyczne atrakcje. 

 

E.T.

 Nie tylko muzyka 

Desertfest choć jest świętem przede wszystkim skupionym na gitarowej wirtuozerii, przygotował w tym roku coś jeszcze dla tych, którzy żyją nie tylko muzyką. Oprócz festiwalowego i zespołowego merchu, obowiązkowych stoisk z jedzeniem i piciem pojawiły się w tym roku też przestrzenie, w których po prostu można było spędzić fajnie czas z przyjaciółmi, jak totalnie obłędne miniaturowe kino czy nostalgiczna strefa gier, wypełniona konsolami do gier z legendarnymi tytułami, takimi jak Mortal Kombat. Nie zabrakło też kultowych gier zręcznościowych oraz postaci z pamiętnych filmów, takich jak E.T. czy Alf.  Wszystko to w przytulnej sali na piętrze, wypełnionej kanapami i fotelami, na których można było zrelaksować się po koncertowych szaleństwach. 

  

strefa gier

Więcej zdjęć z koncertów tu:

Crippled Black Phoenix:  https://www.muamart.pl/index.php/crippled-black-phoenix-iii/

Earthless: https://www.muamart.pl/index.php/earthless/ 

Hermano: https://www.muamart.pl/index.php/hermano/

King Buffalo: https://www.muamart.pl/index.php/king-buffalo-ii/ 

Pelican:  https://www.muamart.pl/index.php/pelican/

 

YOB


Red Fang: https://www.muamart.pl/index.php/red-fang

Rotor: https://www.muamart.pl/index.php/rotor/

Russian Circles:  https://www.muamart.pl/index.php/russian-circles/

The Sword:  https://www.muamart.pl/index.php/the-sword/

Truckfighters:  https://www.muamart.pl/index.php/truckfighters/

YOB: https://www.muamart.pl/index.php/yob-ii/

 

Crippled Black Phoenix & goście

Następna edycja Desertfestu w Berlinie odbędzie się w dniach 14-16 maja 2027 tradycyjnie w Columbiahalle i Columbia Theater. W sprzedaży są już karnety z puli Blind Bird. Więcej informacji na https://desertfest.de

Truckfighters