Mrok, chłód i niepokój definiowany brzmieniem syntezatorów i niskim wokalem. Z drugiej strony piosenki - chwytliwe, a zarazem nostalgiczne, trochę dziwne, ciekawe. Piąty album Fontaines D.C. spowija mgła, ale nie ta eteryczna, unosząca się nad przestrzenią łąki czy lasu, lecz pełna niepokoju, bliższa miejskiemu smogowi. Opanowuje umysł, myśli, wprowadza w stan letargu. a wszystko po to, by oddać charakter dopaminowych strzałów, których dostarczają nam nasze telefony. Na "Dopamine Chamber" zespół zaprasza fanów do dopaminowej komory i konfrontacji z rzeczywistością, w której funkcjonujemy.
W niespokojnym świecie
Jak czujesz się już nawet po kilku minutach przewijania treści w mediach społecznościowych? Prawdopodobnie zmęczona(y), niespokojna(y), smutna(y). Czemu to robimy? By pozyskać informacje? By dowiedzieć się co się dzieje? Bo nie mamy na swój czas innego pomysłu? Bo tak jest łatwiej, szybciej? Używając mediów społecznościowych wpadamy w dopaminową pułapkę, serwując sobie cykle zmiennych stanów emocjonalnych. Do niedawna nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy, teraz powoli budzimy się z dziwacznego, niespokojnego snu. Ale czy nie jest przypadkiem za późno?
„Sprowadziliśmy przyjemność do łatwo przyswajalnej formy” – mówi wokalista grupy Grian Chatten. „To doprawdy groteskowe: móc samodzielnie dawkować sobie dopaminę za pomocą telefonu. Towarzyszy temu przejmujące przeczucie, że stoimy na progu zupełnie nowego rodzaju człowieczeństwa – albo wręcz czegoś, co człowieczeństwem już nie jest”. Tytuł albumu został zaczerpnięty z tekstu piosenki, która ostatecznie nie znalazła się na płycie. Pozostała jednak myśl przewodnia - choć dotycząca przyjemności, to pełna niepokoju i niepewności o przyszłość.
We mgle
Na "Dopamine Chamber" Fontaines D.C. rozważają, jak przyjemność zmienia się w obliczu zagrożenia. W świecie, w którym niebezpieczeństwo i katastrofa czyhają na każdym kroku nie jest łatwo się odnaleźć i wypracować równowagę. Mimo to szukamy czegoś pozytywnego, czemu trudno się dziwić. Piąty album irlandzkiej grupy przynosi jedenaście naprawdę fajnych piosenek, łączących się w ciekawą opowieść, skłaniającą do refleksji nad realiami, w których żyjemy. Realiach dziwnych, niejednoznacznych, nasyconych poczuciem zbliżającej się nieuchronnie apokalipsy, na którą konsekwentnie pracujemy każdego dnia.
Faktycznie ten album osnuty jest niespokojną aurą, jakąś mglistą tajemnicą, której zdecydowanie bliżej do zamglonego jesiennego miasta, spowitego smogiem niż do eterycznej mglistej poświaty na łące czy w lesie. To zdecydowanie album miejski, oddający w pewnym sensie życie w ciągłym pulsie, w stanie zawieszenia w oczekiwaniu na kolejne powiadomienia i niekoniecznie dobre informacje, próbujący w tym niepokoju wychwycić ułamki momentów spokoju, powrócić do wspomnień miłych chwil i szukać tego, co najważniejsze - tych prawdziwych emocji, kontaktu z drugim człowiekiem. Bez kontaktu z tym, co realne jesteśmy jak zombie błądzące we mgle.
Syntetyczny świat
Albumowa aura to zasługa syntezatorów, które w dużej mierze prowadzą tu melodię zamiast gitar. W syntetycznym świecie, zdominowanym przez sztuczną inteligencję, w czasach krystalicznej produkcji i braku miejsca na pomyłki ten muzyczny ruch zdaje się być najwłaściwszym. Fontaines D.C. stawiają na ballady - niespecjalnie skomplikowane w strukturze, ale momentalnie wchodzące w głowę. Na piosenki - trochę inne niż kiedyś, ale niezmiennie przebojowe. Takie, które się wyróżniają za sprawą wycofanego wokalu Chattena i charakterystycznych melodii.
„Myślę, że na płycie "Romance" było może 60 procent człowieczeństwa i 40 procent skażenia automatyzacją oraz utratą uczuć” – mówi Chatten. „W tym przypadku proporcje wydają się odwrócone: to już w 60 procentach skażenie – maska coraz bardziej przejmuje kontrolę nad twarzą”. "Dopamine Chamber" kontynuuje odejście od konkretnego i surowego, gitarowego brzmienia, które charakteryzowało wczesne nagrania zespołu. Sporo tu produkcji, ale mającej konkretny cel - oddanie aury czasów, w których żyjemy przy pomocy klawiszy, marszowego rytmu oszczędnej perkusji, przetworzonych smyczków, sampli. Wyszło to świetnie, ale gdy współpracuje się z Jamesem Fordem, innej opcji nie było. Skąd to brzmienie wokalu? Z prowizorycznej kabiny zbudowanej z materacy i poduszek, w której nagrywał Chatten. Samo to oddaje charakter płyty bardzo trafnie, przywołując obraz osoby siedzącej na łóżku i przewijającej migające filmiki w telefonie, której coraz trudniej odróżnić emocje, których doświadcza i jednoznacznie stwierdzić, czy czuje się z tym dobrze, czy niekoniecznie.
Muzyczna dopaminowa komora
Zamysłem zespołu było, by odbiorca zanurzył się w dopaminowej komorze i poddał się testom, reagując na poszczególne utwory. "Album jest komorą dopaminową", podkreśla wokalista. „Wchodzisz do środka, a my testujemy na tobie różne utwory, które wpływają na twój umysł i nastrój”. Przy pierwszym odsłuchu wszystko zlewa się w niejednorodną masę, utwory płynnie przechodzą w siebie. Gdy wróci się do albumu kolejny raz, odkrywa się kolejne warstwy, wsłuchuje w teksty. Z każdym kolejnym odsłuchem coraz bardziej, wyłapując istotne szczegóły, które świadczą o tym, że to ważny album. Każda z tych piosenek ma coś w sobie - niepokój, rozgoryczenie, zniechęcenie, nostalgię, tęsknotę, wspomnienia, radość.
Zespół porusza się między przyjemnością i niepokojem, oddając niezwykle trafnie poczucie przytłoczenia tym, co widzimy i tym, co podsuwają nam algorytmy serwisów społecznościowych, wyćwiczone coraz dokładniej pod osobiste preferencje. Odczuwamy przerażenie sztuczną inteligencją, katastrofą ekologiczną i przemocą polityczną, z drugiej strony zaś widzimy memy, żarty i treści związane z kulturą celebrytów. Wszystko to się miesza w niezidentyfikowaną masę, manipulując umysłem, zmieniając spojrzenie na świat i próbując dyktować nam co i jak robić. I tak od rana, do późnych godzin nocnych - od pierwszego spojrzenia w smartfon po przebudzeniu do ostatniego sięgnięcia po telefon tuż przed snem.
Portret współczesności
"Six Shot Morning" przywodzący na myśl "Atmosphere" Joy Division, wprowadzający w apokaliptyczny klimat rozpadającego się świata. Urocza "Marianne" - utwór o ucieczce od rzeczywistości i hedonizmie, który działa jak syreni śpiew, oferując słuchaczowi ucieczkę od – lub też w stronę – zapomnienia. Pod urokiem piosenki kryje się trudniejsze pytanie: jak chętnie człowiek mógłby zrezygnować ze swojej wyobraźni, kiedy alternatywą jest pozostanie w pełni świadomym katastrofy? "Tongue", w którym prym wiodą przetworzone dziwne dźwięki, które dopełniają charakterystyczny styl zespołu i jeden z najfajniejszych riffów na albumie. "Where Is Gone", w którym Rosalia śpiewa w duecie z Chattenem i brzmi jak Lana del Rey, nostalgicznie wracając do charakteru piosenek sprzed 10-15 lat. Niespokojny "Intimate", który podsumowuje całość niewesołym komentarzem. Pomiędzy nimi równie ciekawe nagrania, trafnie opisujące rzeczywistość.
„Nasze albumy zawsze podejmowały temat miejsca i poczucia przynależności do niego” – mówi basista Conor Deegan. „Najpierw był to Dublin, potem życie z dala od Dublina, a następnie próba odnalezienia romantyzmu gdzie indziej. Przy tej płycie pojawiło się pytanie: dokąd można uciec?”. Być może do własnego wnętrza – albo w hedonizm, fantazję, kosmetyczną perfekcję, wieczną młodość czy nieustanne odświeżanie ekranu. Wybór należy do każdego z nas..
Wszystko, czyli nic
"Dopamine Chamber" przygląda się światu, który jest połączony z niespotykaną dotąd ilością informacji, a jednocześnie staje się coraz bardziej odległy od drugiego człowieka. Wszystko domaga się uwagi, lecz nic nie zyskuje właściwej sobie wagi emocjonalnej. „Skoro wszystko jest wszystkim, to w gruncie rzeczy nie ma nic” – zauważa Chatten. „Budzisz się, patrzysz w telefon i od razu natrafiasz na coś przerażającego, co jednak pojawia się tuż obok treści zupełnie błahych. Prowadzi to do swoistego stępienia wrażliwości. Świat coraz bardziej nastawia się na ludzi, których stać, by wykroić dla siebie jego kawałek – by żyć wiecznie, bez względu na koszty. Przytłoczyła mnie obserwacja ludzi próbujących uwolnić się od śmiertelności, człowieczeństwa i wrażliwości. Ta obrona przed rozkładem staje się w istocie objawem samego rozkładu”. Trafne spostrzeżenie, prawda?
Takich jest więcej, w każdym kolejnym utworze tej płyty. Trzeba tylko znaleźć czas, by odłożyć to "wszystko" i naprawdę posłuchać. Bez rozpraszaczy. Najlepiej włożyć do odtwarzacza płytę i wyłączyć telefon. Wtedy można logicznie pomyśleć, ale też cieszyć się muzyką, odkrywać ją krok po kroku. Zapytacie, czy ktoś ma na to jeszcze czas. To możliwe, jeśli tylko trochę się postaramy. Chcieć to móc.
Krok po kroku
W ostatnich latach przyglądając się rosnącej popularności zespołu nie byłam pewna, czy rozumiem kierunek, w którym zespół zmierza. Po kilkukrotnym przesłuchaniu "Dopamine Chamber" już wiem, że to właściwa droga. Fontaines D.C. są jednym z najważniejszych zespołów alternatywnych ostatnich lat, nie ma ku temu najmniejszych wątpliwości. Przez lata rozwijali się, trochę w cieniu, aż w końcu nadszedł ich czas. Na swojej piątej płycie nie przestają zaskakiwać stylistycznymi podróżami w nieoczywistych kierunkach. Chatten odnalazł swój głos - i na poziomie wokalnym i na poziomie tekstów, a jego przyjaciele nie boją się eksperymentować ze strukturami i melodiami. Nie zabiegają o tę popularność, po prostu są szczerzy w tym, co robią i trafnie oddają aurę obecnych czasów. Właśnie o to chodzi.
"Dopamine Chamber", piąty album Fontaines D.C. ukazuje się 16 października nakładem XL Recordings.
Albumu możecie posłuchać tu: https://fontainesdc.bandcamp.com/album/dopamine-chamber
A tu można nabyć wersje fizyczne: www.sonicrecords.pl
