Zdefiniowali brzmienie alternatywnego rocka na lata. W ciągu ponad trzydziestoletniej kariery nagrali osiem płyt i zagrali ponad tysiąc koncertów, zachwycając publiczność na całym świecie charyzmą i uniwersalnym charakterem swoich gitarowych, niebanalnych utworów.
Garbage niezmiennie robią swoje, co udowodnili podczas sobotniego występu w Warszawie, rozgrzewając publiczność do czerwoności za sprawą przebojowych rockowych piosenek z elektronicznym sznytem, które mimo upływu lat wciąż brzmią świeżo i stylowo.
![]() |
| Garbage, fot. Aleksandra Wojcińska |
Dźwięki, które zdefiniowały brzmienie przełomu wieków
Pamiętne teledyski, hity, które nie schodziły z list przebojów przez wiele tygodni, utwory będące częścią ścieżek dźwiękowych gier video, czy kompozycja do filmu o przygodach Jamesa Bonda - brytyjski Garbage znają doskonale niemal wszyscy dorastający przy muzyce gitarowej w latach dziewięćdziesiątych i początkach dwudziestego pierwszego wieku. Melodie, które wchodziły w głowę i nie pozwalały o sobie zapomnieć, zgrzytliwe gitary, punkowo zabarwiona złość na rzeczywistość dopełniona szczyptą elektroniki, moc, która emanowała z każdej nuty i charakterystyczny głos wokalistki - Garbage zawsze mieli swój styl i zawsze potrafili stworzyć utwory, które się wyróżniały. Od początku wiedzieli co robią i do dziś nic nie stracili ze swojej wyjątkowości, o czym na własne uszy można było przekonać się na koncercie w Warszawie, jednym z pierwszych na prawie dwumiesięcznej, intensywnej trasie koncertowej promującej ubiegłoroczne wydawnictwo "Let All That We Imagine Be the Light".
![]() |
| Shirley Manson, fot. A.Wojcińska |
Ikona stylu
Do inspiracji jej stylem przyznają się m.in. Florence Welch, Lady Gaga, Katy Perry czy Billie Eilish. Feministka, buntowniczka, stale walcząca o równość i prawo kobiet do bycia sobą. Shriley Manson łatwo nie miała, zmagając się przez lata z depresją, patriarchalnym działaniem showbiznesu i społecznymi nierównościami. Była wzorem do naśladowania dla wielu i wzorem pozostała - mimo upływu lat nie straciła nic ze swojej hipnotyzującej magnetyczności. Choć jeszcze trzy lata temu koncerty stały pod znakiem zapytania pokonała problemy zdrowotne i wróciła na scenę - niezmiennie charyzmatyczna i pełna energii. W Warszawie z nawiązką udowodniła, że wciąż ma do przekazania coś ważnego. Była sobą, jak zawsze po prostu równą, fajną dziewczyną z ogromnym talentem, którym dzieli się ze światem i sercem na dłoni.
Publiczność śpiewała z Shirley zarówno starsze hity jak i piosenki z nowej płyty, nie ustając w owacjach. Sama wokalistka dawała z siebie maksimum w każdym utworze, śpiewając ile sił w płucach, tańcząc, żartując z kolegami i koleżanką z zespołu i uśmiechając się do fanów. Roznosiła ją energia i radość z bycia na scenie, a także, tego, że w zespole panuje dobra atmosfera. Budowała porozumienie, tworząc bezpieczną przestrzeń dla wszystkich tych, którzy potrzebowali pobyć z własnymi emocjami w komfortowych warunkach. Wyraziła solidarność ze społecznością LGBTQ i ubolewanie nad kondycją współczesnego świata. Zachwyciła się też wieczornym niebem, zabarwionym pełnym uroku zachodem słońca. Absolutnie nie dała po sobie poznać, że dla już niemal sześćdziesięcioletniej artystki taki występ może być naprawdę dużym wysiłkiem, za co należy jej się jeszcze większe uznanie.
![]() |
| Shirley Manson, fot. A.Wojcińska |
Niezmiennie doskonały zespół
Na sto procent zagrali również jej przyjaciele - legendarni gitarzyści Steve Marker i Duke Erikson prowadzili melodię, a o rytm zadbali perkusista Butch Vig i Nicole Fiorentino, basistka, która wsparła Shirley także w chórkach. Wszystko się zgadzało - melodie płynęły, niosąc się chóralnie i wypełniając przestrzeń, chwytając za serce i budząc wspomnienia. Hipnotyzująca psychodelia kontrastowała z chwytliwymi refrenami, punkową surowością, rockową zadziornością i elektronicznymi przestrzeniami, które stwarzały chwilę na oddech.
Było nieco punkowo, ale chwilami też industrialnie czy niemal popowo - gatunki przeplatały się, podkreślając unikalny i uniwersalny charakter zespołowej twórczości. Grupa zgrabnie połączyła nowe piosenki ze starymi hitami, budując wciągającą opowieść, która przykuwała uwagę od pierwszej do ostatniej minuty, nie tracąc nic ze swojej intensywności. Siła rażenia była tak potężna, że półtorej godziny upłynęło momentalnie, pozostawiając pilną potrzebę wybrania się na kolejny zespołowy występ i jeszcze jedno zanurzenie się w tym nieco mrocznym, ale niezwykle przyjemnym artystycznym klimacie.
![]() |
| Duke Erikson, fot. A.Wojcińska |
Szczerze wdzięczni
Żegnając się z warszawską publicznością Shirley Manson nie ukrywała szczerej wdzięczności za to, że fani niezmiennie trwają przy zespole, okazując muzykom nieustające wsparcie w czasach, gdy coraz trudniej o uwagę, o skupienie, o szczerość. Podziękowała też organizatorom za zaproszenie do Polski, za gościnność, ciepłe przyjęcie i opiekę nad zespołem, podkreślając, że świetnie się tu czuje. Świadomie i z przymrużeniem oka podsumowała sztampowe podziękowania większości zespołów dla "najlepszej publiczności na świecie", co w erze streamingu i przesytu, gdy co rusz pojawiają się nowe "gwiazdy" i o koncert dowolnego artysty tak naprawdę nie trudno nabiera dodatkowego znaczenia.
Następnie już na finał wieczoru zabrzmiało wykonane po raz tysiąc pierwszy "I'm Only Happy When It Rains" z pamiętnego debiutu zespołu. Wyśpiewane i wykrzyczane wspólnie z fanami, zwieńczone ukłonem i jeszcze jednym obłędnym uśmiechem, podziękowaniami wszystkich muzyków i rzuconymi w tłum pałeczkami perkusyjnymi.
![]() |
| Butch Vig, fot. A.Wojcińska |
Ponadczasowy charakter
"Kiedyś to było" - usłyszałam za plecami wychodząc po koncercie pośród tłumu fanów fragment rozmowy dwóch chłopaków mniej więcej po trzydziestce, którzy zachwycali się melodyjnością i jakością wykonanych utworów, ubolewając nad tym, że we współcześnie powstających piosenkach coraz trudniej o taką przebojowość, uniwersalność, ale i przejrzystość brzmienia. Coś w tym jest - naprawdę coraz trudniej o gitarowe piosenki, które po prostu się zna, lubi i często nuci, bo słyszało się je w radiu i zostały na dłużej, bo były w sklepie, bo towarzyszyły na każdym kroku. Nie tylko dlatego, że po prostu były fajne i chwytliwe, ale miały dobre teksty, w których zawsze pod powierzchnią coś się kryło - coś mrocznego, niepokojącego, niewygodnego. Proste, a zarazem inteligentne, co czyniło je zawsze niezwykle skutecznymi.
Dziś, po latach, Garbage nadal są wielcy, bo są autentyczni i łączą pokolenia, przypominając o tym, że muzyka jest po to, by łączyć ludzi, by mówić o tym, co ważne, by budować wspólnotę i nadzieję na to, że damy radę przetrwać w trudnych czasach. Zagrali genialny koncert, pierwszy po ponad dekadzie i mam nadzieję, że nie ostatni w Polsce. Oby wrócili do nas jak najszybciej!
![]() |
| Shirley Manson i Steve Marker, fot. A.Wojcińska |
Fenomenalne otwarcie sezonu
Warto jeszcze dodać, że wieczór otworzyli rock'n'rollowcy z Izzy & The Black Trees, dla których występ przed idolami i możliwość spotkania z nimi były spełnieniem marzeń. Uśmiechnięta Iza Rekowska i jej przyjaciele zaprezentowali kilkudziesięciominutowy, konkretny, rockowy set, który fajnie rozruszał publiczność, dostarczając miłych dla ucha melodii, do których można było poskakać. Co ważne melodii naprawdę dobrze zaśpiewanych i zagranych.
Wieczór z Garbage z pewnością zostanie w pamięci zgromadzonych jako jeden z najfajniejszych, najbardziej energetycznych i najlepiej brzmiących koncertów w historii Letniej Sceny Progresji - z niemal idealną pogodą (krążące wokół Warszawy burze na Wolę na szczęście nie dotarły) i dobrą frekwencją (choć tu akurat zawsze może być lepiej). Lepszego otwarcia plenerowego koncertowego sezonu chyba nie można było sobie wymarzyć!
Więcej zdjęć z koncertu znajdziecie tu:
Garbage: https://www.muamart.pl/index.php/garbage/
Izzy & The Black Trees: https://www.muamart.pl/index.php/izzy-the-black-trees/
![]() |
| Shirley Manson, fot. A.Wojcińska |






