poniedziałek, 21 września 2026

Fink: uczenie się bycia szczerym wobec samego siebie jest najtrudniejszym etapem procesu twórczego

Niezwykle utalentowany, bezpośredni, szczery, niezależny - Fink pisze od lat wspaniałe piosenki. Chwytliwe, a zarazem niebanalne. Uniwersalne, ponadczasowe. Skłaniające do refleksji, niezmiennie wzruszające, od lat mające szczególne miejsce w sercach polskich fanów.

 

Z początkiem czerwca ukazała się dziewiąta płyta Fina Greenalla i przyjaciół, na której artyści oddają hołd pięknu natury i czasom, w których wszystko wydawało się mniej skomplikowane. Co zainspirowało kierunek "The City Is Coming To Erase It All"?  W jakim miejscu artystycznie jest teraz Fink?  

 

Zdzwoniłam się z Finkiem we wrześniowe południe, by zapytać o nową muzykę, o proces twórczy, o nadchodzące koncerty, o życie. Rozmawialiśmy o ekspansji miast, o funkcjonowaniu w dużych aglomeracjach i tęsknocie za naturą. O sile muzyki, o artystycznej wolności i niezależności, a także o zmianach - tych osobistych i tych w muzyce oraz o tym, że cokolwiek by się nie działo, zawsze warto iść własną drogą. 


 

FINK, fot, A.Wojcińska

 

Między Uchem A Mózgiem: Początek czerwca przyniósł miłośnikom muzyki gitarowej Twój nowy, przepiękny album o bardzo wymownym tytule "The City Is Coming To Erase It All". Jeszcze nie zdążyliśmy się nim nacieszyć, a już masz w planach następny! Cieszę się, że dużo się dzieje!

Fink: To dla mnie naprawdę piękny rok, z nową muzyką i zaplanowanymi podróżami po świecie. Uczę się bardziej doceniać ten czas, cieszyć się nim. Spędzać z danym albumem rok, by w kolejnym sięgnąć po nowy projekt. 

"City" to dziewiąty album studyjny wydany pod szyldem Fink, a to kolejne wydawnictwo to sesja radiowa z coverami. Proponowałem, by wydać ją nieco później, ale tak wyszło (śmiech). Wydawanie albumów przypomina niekiedy narodziny dzieci - są w wieku niemowlęcym tylko raz w życiu, później bardzo szybko dorastają. Ten krótki czas jest szczególny, wspaniały, dlatego staram się go cenić i pielęgnować. 

 

MUAM:  Tak naprawdę w obecnych czasach ciężko jednoznacznie określić, jaki odstęp między kolejnymi wydawnictwami jest dla artysty najkorzystniejszy. W erze serwisów streamingowych uwaga odbiorcy jest bardzo rozproszona i warto o sobie częściej przypominać. Zastanawiam się, czy cykl trzy-czteroletni jest jeszcze aktualny...

Fink:  Dobre pytanie. W ramach Finka jesteśmy w stanie wyrobić się z całym cyklem najszybciej w 18 miesięcy. Mamy sporo miejsc do odwiedzenia. Wydając album kilka miesięcy temu następny pewnie ukaże się w połowie 2028 roku (będziemy prawdopodobnie nagrywać go we wrześniu 2027). Wygląda to tak: komponujemy, nagrywamy, jedziemy w trasę, piszemy kolejny album, rejestrujemy go i jedziemy znów w podróż... Tym samym nowy album wychodzi mniej więcej co dwa lata. 

Są dwa typy artystów - ci, którzy z każdym swoim albumem niosą konkretne, jasne przesłanie i wydają mniej więcej co pięć lat duży materiał, który promują na ogromnej trasie, tak jak np. Bon Iver, i tacy jak my, którzy nagrywają albumy z ośmioma utworami, bo chcą wydawać płyty regularnie, by odzwierciedlały ich aktualny stan i emocje, które im towarzyszą. To pozwala mi płynąć z twórczym prądem i zmieniać się artystycznie. Jeśli deklarujesz się w konkretnym zakresie, zostajesz przypisany do danego stylu i przesłania na te kilka lat. Nasze albumy oddają stan obecny - to co tu i teraz. Wszystko zależy od tego, co chcesz przekazać...

Gdybyśmy byli młodym, początkującym zespołem, który zaczyna budować bazę fanów i nie ma jeszcze dorobku, wydawałbym EPki i minialbumy minimum co pół roku, by zbudować twórcze zaplecze. Album jest dużym oświadczeniem, artystyczną deklaracją i mam wrażenie, że coraz częściej bliską tym starszym zespołom.  

 


MUAM: I tak i nie, myślę, że to zależy od preferencji danego artysty. Albumy są bardzo potrzebne, bo tylko w ten sposób można o czymś opowiedzieć dokładniej, przedstawić swoje przesłanie w szerszym spektrum. Gdy zespół wydaje jedynie single i krótkie formy, bardzo łatwo się w tym pogubić - single często trafiają na playlisty w serwisach streamingowych, w radiu, pojawiają się tu i tam, ale słucha się z ich doskoku, nie skupiając się na opowieści, którą niesie ze sobą muzyka podana w większej formie... 

Fink: Zgadzam się z Tobą i czuję podobnie. Czekałem ostatnio na album pewnego zespołu, który wydał już kilka EPek. Bardzo brakowało mi tej historii. Potrzebowałem albumu, by w pełni docenić tę twórczość. Gdy w końcu go wydali, był to dla mnie ich oficjalny debiut. 

Słucham płyt w całości. Tak już mam. Kocham ten format. Potrzebuję go, by móc odkrywać, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę, że młodsze pokolenia nie muszą wcale być przywiązane do tej formy. 


MUAM: To prawda, są różne podejścia, ale najważniejsze w tym wszystkim jest to, by muzyka broniła się szczerością i wywoływała emocje. Tego aspektu nigdy nie zabrakło w Twojej twórczości. Zawsze byłeś szczery w tym, co robisz. 

Fink: Dziękuję! Tak naprawdę uczenie się bycia szczerym wobec samego siebie jest najtrudniejszym etapem procesu twórczego. W byciu twórcą, muzykiem, artystą chodzi przede wszystkim o zrozumienie kim się jest i odnalezienie najczystszego, najprostszego połączenia między twórcą a twórczością - piosenką, albumem. Bardzo łatwo jest nałożyć po drodze kolejne warstwy, maski, bariery. Na początku artystycznej drogi wszystko jest skryte pod maską. Kilka pierwszych albumów tak brzmi. Z czasem wyrażenie tego, co się czuje i kim się jest staje się coraz łatwiejsze. Uczysz się tej szczerości. Dociera też z czasem do Ciebie, że te najważniejsze utwory są tymi, w których jesteś/byłeś najbardziej szczery, wyraziłeś siebie najpełniej. Szczerość, uczciwość w sztuce w czasach rozwoju sztucznej inteligencji i dominacji filtrów staje się jeszcze bardziej kluczowa. Ważniejsza niż integralność i autentyczność twórczości. 

 

MUAM: Oj zdecydowanie. Zastanawiam się, jaka jest różnica między byciem szczerym i autentycznym, bo te określenia bardzo często są postrzegane jako bliskoznaczne, zamienne. 

Fink:  Jeśli tylko zechcesz, możesz być  autentycznie pełnym bzdur! 

 

MUAM: Trafiłeś w sedno! (śmiech)

Fink:  Autentyczność oznacza bycie sobą, a szczerość dotyczy przede wszystkim bycia fair wobec innych, ale też siebie samego. Oczywiście te dwa pojęcia łączą się ze sobą. Weźmy np. Charli XCX - nie mam pojęcia, czy jest naprawdę w życiu codziennym tą samą osobowością, którą prezentuje na scenie, pewnie jest to maska, ale jest zdecydowanie autentyczna w tym co robi, niezależnie od tego, czy jest to prawdziwe, czy nie. 

To ciekawe zagadnienie. Ludzkość jest obecnie na etapie uczenia się jak odróżniać wytwory sztucznej inteligencji od tego, co prawdziwe i jak omijać je, kiedy nie chcemy doświadczać ich w życiu. Tracimy tę ślepą wiarę w moc i szczerość Internetu, bo prawda nie jest już dostępna na wyciągnięcie ręki. Żyjemy w erze, w której przestajemy brać na wiarę to, co widzimy, co jest dla nas korzystne, bo wracamy do rzeczywistości i faktycznego doświadczania. Zaczynamy wierzyć w coś dopiero, gdy przekonamy się jak jest naprawdę na własnej skórze. Gdy spoglądam w swoje media społecznościowe widzę mnóstwo głupot - wygenerowane materiały dotyczące "zdrowego trybu życia", starszych ludzi, którzy pakują na siłowni i mają wybudowane potężne mięśnie. To bzdury, to wygenerowany nonsens, który nie ma żadnego przełożenia na rzeczywistość. 

Dla kompozytorów i autorów tekstów muzyka pop zawsze stanowiła najbardziej wymagający obszar. Napisanie dobrej popowej piosenki to nie lada wyzwanie. Gdy kilka tygodni temu odeszła Dolly Parton, byłem akurat w Nashville. Będzie jej bardzo brakowało - była wspaniałą twórczynią, uosobieniem uczciwości i szczerości. Pisała wspaniałe piosenki. Przypomina nam to, że pisanie piosenek to proces, który nie polega na generowaniu treści przez sztuczną inteligencję ani na tworzeniu sztampowych utworów. To zadanie niezwykle wymagające, nawet jeśli na pierwszy rzut oka wydaje się, że chodzi tu jedynie o poruszanie trudnych tematów.

FINK, fot, A.Wojcińska


MUAM: Codzienne korzystanie z mediów społecznościowych i styczność z wytworami sztucznej inteligencji zmienia naszą percepcję odbioru treści. Jest dla nas nowym wyzwaniem, z którym musimy sobie poradzić. Dawniej reklamy oglądaliśmy w telewizji, tylko że wtedy większość patrzyła na te same reklamy i te same programy. Dziś natomiast każdy z nas widzi trochę co innego, dopasowanego pod osobiste preferencje przez algorytmy. Funkcjonujemy w spolaryzowanych mikroświatach, dlatego bardzo ważne jest przypominanie o tej uniwersalnej roli muzyki, o szczerości przekazu i potrzebie szukania prawdy...

Fink: Zdecydowanie! Jeśli chodzi o twórcze działania zawsze pojawiali się ludzie, którzy tworzyli nie do końca potrzebną, nieciekawą muzykę, dlatego, że tak naprawdę jest w życiu sporo przestrzeni na rzeczy, które nie mają głębszego znaczenia. Taką muzykę nazywało się "muzyką z windy", bo była nic nie znaczącym tłem. AI z łatwością może zastąpić tych ludzi i generować takie tło. Tworzyłem kiedyś muzykę taneczną, którą też bardzo łatwo wygenerować poprzez wpisanie kilku słów kluczowych i wciśnięcie guzika realizacji. 

Różnica jest jednak taka, że sztuczna inteligencja nie ma pomysłów, nie jest w stanie stworzyć niczego oryginalnego. Może bazować jedynie na danych, które do niej wprowadzimy - na tym, co człowiek już stworzył, na naszych własnych doświadczeniach. Dlatego też wierzę w moc artystów i twórców, bo tylko człowiek potrafi wymyślić coś własnego. Karmimy maszyny wiedzą i danymi, ale moc sprawcza to wciąż nasza przewaga. 


MUAM: To prawda. Sztuczna inteligencja nie jest też w stanie zastąpić i oddać w pełni ludzkich emocji. Nie jest w stanie doświadczyć za nas radości uczestnictwa w koncercie, tego, co dzieje się na scenie i tej relacji, która tworzy się między publicznością i artystami w trakcie występów. 

Fink: Prawda, jest w stanie tylko odczytać nasze własne doświadczenia. Dlatego też muzyka na żywo jest w stanie przetrwać w każdych czasach - przeżyje dowolny format twórczości, modę na gatunki i style. Pozbawiona jest filtrów - dzieje się na naszych oczach tu i teraz. Gdy dorastałem artyści tacy jak Madonna czy Michael Jackson grali trasy stadionowe - tworzyli wielkie show, było w tych występach dużo teatralności, efektów. Był playback, wielkie sceny, płomienie, ale nie ma w tym niczego złego, bo takich spektakularnych wydarzeń potrzebujemy tak samo jak tych kameralnych koncertów w małych klubach. Lubimy obie formy. 

 

MUAM: Jak najbardziej. Na "The City Is Coming To Erase It All" skupiasz się na bardzo ważnym zagadnieniu - ekspansji miast i nieustannej utracie naturalnych obszarów. Miasta nieustannie się rozbudowują, w wyniku czego znikają tereny zielone. Środowisko naturalne jest w niebezpieczeństwie z powodu rozwijającej się cywilizacji. W miastach stawia się coraz więcej budynków nawet tam, gdzie wydaje się, że nie ma już dla nich miejsca. Obserwuję tę tendencję w Gdańsku. Też to zauważasz?

Fink: Tak. Potrzebujemy miejsc do życia i nie powinniśmy stawać na drodze postępu i rozwoju, nie ma potrzeby, byśmy wracali do czasów rolnictwa, bycia bez grosza przy duszy, bez praw, bycia zdanym na łaskę panów i władców. Zdecydowanie nie taki był cel - sedno tkwi w tym, o czym mówisz - chciałem po prostu zwrócić uwagę na problem, zaznaczyć, że następuje niepokojąca zmiana, że brakuje dzikich zakątków, w których można pobyć w otoczeniu natury. Urodziłem się w Kornwalii, w miejscu, w którym można tego doświadczyć. Tam życie toczy się wolniej. 

Nagrywałem ten album odcięty od świata, od cywilizacji. Gdy opuszczasz ten teren, stopniowo zaczyna otaczać cię tkanka miasta - lampy uliczne i supermarkety. Nie zawsze jest łatwo. Gdybym mieszkał na wsi, chciałbym mieć Wi-Fi, prąd, światłowód i 5G - potrzebuję tego. Przydałby się też basen. Myślę o tych zmianach, ale nie jako o czymś jednoznacznie strasznym, zauważam, że to się dzieje, starając się pamiętać o czasach, gdy przebywanie w dziczy było zdecydowanie bardziej dostępne. 


MUAM: Rozumiem. Mieszkasz w Berlinie, w znacznie większym mieście niż Gdańsk, a jednak i tak jest tam znacznie bardziej zielono i przyjaźnie niż w Polsce. W mieście są parki, tereny zielone, jest gdzie się schować przed pędem wielkomiejskiego życia. 

Fink: Gdy mieszka się na wybrzeżu, z jednej strony zawsze widać horyzont. Jest jakaś przestrzeń, która jest niezasiedlona. W Kornwalii miałem przed sobą ten niezabudowany horyzont, nie dało się już zasiedlić morza - zawsze była jakaś przestrzeń, w którą się spoglądało. Wszystko zdaje się tam być spychane w kierunku wody, dalej nie da się już pójść. W mieście takim jak Berlin cywilizacja rozrasta się we wszystkich kierunkach, miasto się rozbudowuje. Gdańsk jest na wybrzeżu, więc też jest ten horyzont i prędzej czy później dociera się do morza. 

 

MUAM: Prawda, choć jest to zatoka i na horyzoncie w pobliżu widoczny jest ląd. Obecnie widać tam coraz więcej świateł, co oznacza, że rozbudowuje się zarówno pobliska stocznia jak i tereny turystyczne np. na półwyspie Helskim, który jest już gęsto zabudowany, choć wiele z jego obszaru jest pod ochroną. W mieście natomiast jest coraz mniej miejsca, bo na każdym możliwym skrawku pustej, kiedyś dzikiej przestrzeni stawia się nowe bloki...

Fink: Gdy byłem w Gdańsku, wydał mi się naprawdę pięknym miejscem. Jednym z najpiękniejszych na świecie. Dobrze, że ludzie zaczęli sobie uświadamiać, że warto takie miejsca zachować, o ile to możliwe. Trzeba też jednak pamiętać o tym, że same w sobie nie będą użyteczne, jeśli świecą pustkami. Nie potrzebujemy miast na wzór Disneylandu – miejsc, które są ładne dla oka, lecz opustoszałe. Potrzebujemy miast tętniących życiem, użytecznych. Dlatego uwielbiam Europę. Niedawno spędziłem kilka tygodni w Ameryce - tamtejsze miasta nocą są martwe – nikt w nich nie mieszka, wszyscy żyją na przedmieściach. W Europie – na przykład w Berlinie – centrum miasta to także miejsce zamieszkania, więc wszystko tam tętni życiem. Nie chciałbym, żeby te piękne, zabytkowe miasta stały się tylko pustymi, ładnymi widokówkami.


MUAM: Zgadzam się z Tobą. W związku z tymi zmianami do miast przybywa coraz więcej dzikich zwierząt, co jest niepokojące. Dostrzegasz to w Berlinie? Obserwujesz naturę też tutaj?

Fink: Jest tu wielka rzeka i sporo zielenie, ale życie w Berlinie to dla mnie przede wszystkim wielkomiejskie doświadczenie. Prawda, jest bardzo zielono, ale to trochę takie "udawanie" natury. Są drzewa, krzewy, dużo trawy, ale to nie to samo, co wybrzeże. Ten album jest wyłącznie poświęcony Kornwalii. O mieście pisałem wcześniej - płyty takie jak "Hard Believer", "Bloom Innocent" czy "Resurgam" to albumy miejskie. 

Gdzie jestem obecnie jako artysta? Mam małe dziecko i zmierzam w kierunku akustycznego folku. To teraz moje artystyczne miejsce.  Niech młodzi nagrywają swoje miejskie, hardcore'owe płyty; ja z przyjemnością będę tworzył te swoje, utrzymane w sielankowym, folkowym duchu. To dobry czas, bym był właśnie takim gościem.



FINK, fot. A.Wojcińska


MUAM: Myślę, że nie do końca chodzi o wiek, a o to, jak się czujesz wewnętrznie. To ciekawa zmiana. 

Fink: Prawda, ale taka zmiana przychodzi też z wiekiem. Czytałem wczoraj recenzję "City", świetną. Zaczynała się od słów "to jednak z takich płyt, które bym znienawidził, gdybym był młody" - w pełni rozumiem, o co chodziło autorowi! Miałem tak samo. Dla mnie, jako już trochę starszego gościa i młodego ojca to idealny muzyczny kierunek. Gdy miałem dwadzieścia lat, z pewnością ta płyta nie trafiłaby do mnie... 

 

MUAM: Jak dzielisz czas pomiędzy zobowiązania rodzinne i artystyczną działalność? Stanowi to dla Ciebie wyzwanie?

Fink: Absolutnie nie! To bardzo zero-jedynkowe podejście. W pewnym sensie niewiele dzieje się poza tym. Moje życie jest tak poukładane, że mam czas na muzykę i bycie tatą. Kiedy jestem w domu, angażuję się w pełni. Nie trzymam w domu instrumentów muzycznych. Nie mam tu studia – jedynie trochę płyt.  Nie zajmuję się w domu pracą.


MUAM: A rodzina pyta Cię czasami, czy może pojechać w trasę? Chodzą na koncerty?

Fink: Nie. Moja żona widziała już wszystko i nie jest tym dłużej zainteresowana. Córeczka jest jeszcze trochę za mała; może wybierze się na koncert w Berlinie podczas tej trasy – to będzie jej pierwszy koncert. Przeżywałem tę drogę z partnerką, która była obecna na każdym moim występie i to potrafi być naprawdę nużące. Życie w trasie bywa dość monotonne. Jedynym ciekawym elementem jest sam koncert – to najlepsza część, ale trzeba do niej dotrwać. 


MUAM: Wiem o co Ci chodzi - też podróżuję na koncerty między miastami i proces przemieszczania się potrafi nieźle wykończyć. 

Fink: Oj tak! Bywa straszliwie nudno i męcząco. Jedyną rozrywką jest te półtorej godziny na scenie. Jeśli nie grałoby się koncertów, byłoby potwornie nudno przez kilka miesięcy. Dlatego też rodzina zostaje w domu by cieszyć się spokojem. 

 

MUAM: Plusem jest to, że teraz trochę łatwiej się podróżuje niż np. w latach dziewięćdziesiątych.

Fink: Tak, są lepsze połączenia lotnicze - wygodniejsze, jest ich więcej. W Europie wybieramy jednak ten oldschoolowy sposób podróżowania - busa, dzięki czemu możemy podziwiać kolejne kraje. Zwiedziliśmy w ten sposób sporą część Polski. Przyjeżdżamy tu na niemal każdej trasie, kochamy Wasz kraj! Zawsze gramy tu jedne z pierwszych koncertów na trasie, bo to świetne miejsce na start, by poczuć się dobrze, by oswoić się ze sceną. Polscy fani zawsze przyjmują nas bardzo ciepło. Czujemy ogromną sympatię, kluby są odpowiedniej wielkości, możemy „dotrzeć się” i sprawdzić nasz materiał w atmosferze pełnej ciepła. Właśnie to daje nam Polska i występy w Warszawie, w Krakowie, Poznaniu...

 

MUAM: Pamiętasz swoje pierwsze doświadczenie koncertowe w Polsce?

Fink: Tak, bardzo dokładnie! Zagraliśmy w małym jazzowym klubie w Katowicach. To był wspaniały występ. Czuliśmy, że jesteśmy z dala od domu i że to ważny etap w naszej karierze. Byliśmy wtedy bardzo młodzi. To było egzotyczne doświadczenie. Od tego czasu wracamy do Polski regularnie, prawie na każdej trasie. Zawsze gramy w Warszawie, a jeśli tylko jest więcej czasu, jedziemy do innych miast. Byliśmy w Krakowie, Gdańsku, Poznaniu, Katowicach, Łodzi i na festiwalu w Bielsku-Białej. Polacy i Brytyjczycy świetnie się dogadują. Jesteśmy niemal rodziną, coś zdecydowanie nas łączy! 

 

MUAM: To prawda, mamy podobne doświadczenia i podobne odczucia. Łączy nas emocjonalna więź. A jakie najbardziej egzotyczne miejsce miałeś przyjemność odwiedzić w swojej karierze?

Fink:  Jeżdżąc po całym świecie wiele miejsc już zwiedziłem, ale wciąż pozostało dużo do odkrycia. Pamiętam festiwale w Tajlandii i Hongkongu. Podczas ostatniej trasy po Ameryce dotarliśmy do Victorii, położonej na północno-zachodnim wybrzeżu Kolumbii Brytyjskiej – to naprawdę egzotyczne miejsce. Osobiście uwielbiam Indie – uważam je za niezwykle egzotyczne i fascynujące, zwłaszcza Mumbaj. Trasy koncertowe w Indiach były dla mnie największym wyzwaniem, ale też najbardziej interesującym doświadczeniem. Jest tam mnóstwo miejsc do odwiedzenia, choć rzadko zdarza mi się trafić w rejony, w których jeszcze nie byłem. Dopóki ludzie kochają moją muzykę, z przyjemnością tam pojadę wszędzie tam, gdzie będą chcieli mnie słuchać! 

 

FINK, fot. A.Wojcińska

MUAM: Oby tak było jak najdłużej! Wróćmy jeszcze na moment do twórczej szczerości. Komponując i nagrywając muzykę na "The City Is Coming To Erase It All" sięgnąłeś do brzmień, które zostały zarejestrowane pół wieku temu, do twórczości Michaela Chapmana i Joni Mitchell. Postanowiłeś korzystać jedynie z narzędzi, które były dostępne twórcom w tamtych czasach. Czy rezygnacja z nowych technologii była dla Ciebie wyzwaniem?

Fink:  Było wspaniale, to bardzo ułatwiło sprawę! Chodzi o samą grę, o wykonanie, nie o dążenie do perfekcji. Jako muzyk koncertowy jestem do tego przyzwyczajony – do chwili obecnej, do poczucia, że ​​liczy się to, co „tu i teraz”. Kiedy nagrywasz w studiu, stosując metody z lat 70-tych, kluczowe jest właśnie wykonanie: chodzi o to, by za tym jednym podejściem zagrać najlepiej jak potrafisz. Odebrałem to doświadczenie jako bardzo wyzwalające. Nie było to trudne – po prostu oznaczało, że musimy grać więcej muzyki, a to świetna sprawa.

 

MUAM: Wspaniała, podobnie jak to, że zawsze byłeś sobą i podążałeś przed siebie zgodnie z duchem niezależności twórczej. Masz teraz już swoją własną wytwórnię i trzymasz pieczę nad wszystkim, co dotyczy Twojej sztuki. To cudowne. 

Fink: Bez dwóch zdań! Przed założeniem własnej wytwórni przez 27 lat też byłem związany ze sceną niezależną. Kiedyś działałem w ramach niezależnej wytwórni, obecnie jestem w pełni niezależny – co po prostu oznacza, że ​​mogę robić to, na co mam ochotę. To świetna sprawa. Zamieniłem finansowe profity na wolność artystyczną i mam nadzieję, że moje przyszłe „ja” nie będzie miało do mnie pretensji o tę decyzję. Dzięki tej swobodzie udało mi się nagrać dziewiąty album. Znam mnóstwo artystów, którzy kończą karierę na trzeciej czy czwartej płycie. Niezależna droga pozwala tworzyć znacznie więcej i znacznie dłużej.

 

MUAM: Zdecydowanie, bardzo Twoją niezależność doceniam. Wspomniałeś na początku naszej rozmowy, że niespiesznie planujesz już kolejny krok artystyczny. Czy będzie to nowy kierunek? 

Fin: Chyba nie, będzie prawdopodobnie jeszcze bardziej folkowy! Tak myślę. Nie napisałem jeszcze nic konkretnego, ale chciałbym, by kolejny album był jeszcze bardziej emocjonalny i jeszcze głębiej eksplorował folkowe rejony. By był hardcore'owo folkowy, był zwartą, może nawet koncepcyjną opowieścią. Zobaczymy!  

 
MUAM: Jeszcze bardziej emocjonalny niż "Beauty In Your Wake" i najnowszy album?

Fin: Bardzo możliwe! "Beauty In Your Wake" powstawało, gdy byłem świeżo upieczonym ojcem, dlatego też jest tu dużo piosenek skupionych na dziedzictwie, dedykowanych kolejnym pokoleniom. Nadal uwielbiam utwór "What Would You Call Yourself" - to jeden z najlepszych na płycie i jeden z najwspanialszych, jaki napisałem w ostatnich latach. Nadal czuję też bliską więź z utworem tytułowym. 

Pisałem te piosenki tuż po pandemii, po trzyletniej przymusowej przerwie artystycznej. W tamtym okresie wiele rozmyślałem i ćwiczyłem jogę. Chciałem już wtedy nagrać taki album jak "The City Is Coming To Erase It All" pod względem stylistycznym, ale wciąż tworzyłem zgodnie z dawnymi przyzwyczajeniami. Dlatego też ten album był gdzieś pomiędzy muzyką folkową i indie. Ma folkowe momenty, trochę americany i wpływy poprzednich albumów. Na "City" skierowałem się już w stronę akustycznego folku. To całościowo znacznie bardziej dopracowany materiał pod względem stylistycznym. 

MUAM: Jestem bardzo ciekawa, co przyniesie przyszłość. Dziękuję Ci pięknie za Twój czas, to była czysta przyjemność. Wspaniałego dnia i do zobaczenia niebawem na koncertach! 
 
Fink: Nie ma sprawy, było mi bardzo miło Cię poznać. Do zobaczenia!  

 "The City Is Coming To Erase It All", dziewiąty album Finka, ukazał się 5 czerwca 2026 nakładem własnej wytwórni artysty Albumu możecie posłuchać tu: https://finkmusic.bandcamp.com/album/the-city-is-coming-to-erase-it-all 
 

 
W ramach promocji nowego albumu w październiku Fink wraca na 3 koncerty - do Krakowa, Warszawy i Poznania. Na wieczory pełne emocji zaprasza agencja Automatik. Więcej informacji i bilety tu: https://automatik.pl/fink-europe-tour-2026/