Zmiany składu, nowe wyzwania i temat o wymiarze historycznym, fantastycznym, ale też filozoficznym. Kultowy film z 1972 roku, ucieczka łodzią ratunkową i wyprawa w kosmos. The Ocean wracają z dwunastym albumem studyjnym - z pasjonującą opowieścią, którą otwierają nowy muzyczny rozdział, jednocześnie sięgając do korzeni zespołowego stylu i inspiracji, które od dawna wytyczały kierunek muzycznego i lirycznego rozwoju berlińskiego kolektywu.
Niespełna pół godziny to za mało na rozmowę o zakamarkach, które skrywa "Solaris", ale dzięki temu będziecie mogli odkryć znacznie więcej sięgając po tę wielowarstwową muzykę i wyruszając w podróż na pograniczu historii i fantastyki. Przewodnikiem podczas tej wyprawy będzie Robin Staps.
![]() |
| The Ocean Collective w 2026 roku, fot. Pelagic Records, mat. prasowe |
Między Uchem A Mózgiem: "Solaris" to jeden z najlepszych albumów The Ocean. Jest kolejną fantastyczną podróżą, pełną zwrotów akcji i dość zaskakującym rozdziałem, otwarciem nowego etapu w działalności kolektywu. Wiem, że włożyłeś w tę muzykę mnóstwo pracy i serca. Nasze poprzednie spotkanie miało miejsce w okresie przejściowym, gdy trasa promująca "Holocene" zbliżała się do finałowego rozdziału i nie było do końca wiadomo, co będzie dalej. Wspominałeś wtedy, że masz już prawie gotową muzykę i zarys koncepcji, że być może będzie to album instrumentalny. W międzyczasie zmienił się skład zespołu, przede wszystkim dołączyła dwójka nowych, fantastycznych wokalistów - Lane Shi i Enrico Tiberi. Jak bardzo uległy zmianie pomysły na "Solaris" w porównaniu z pierwotnym kształtem? Jak wyglądał proces prac nad płytą? Cieszę się, że ostatecznie mamy pełną opowieść z muzyką i z tekstem.
Robin Staps: Dzięki, miło mi to słyszeć. Tak, ten album kosztował nas wszystkich wiele pracy. Gdy z poprzedniego składu w zespole zostaliśmy tylko ja i basista Mattias Hägerstrand nie byłem pewien, w jakim kierunku artystycznym chcę się udać, dlatego też rozważałem opcję instrumentalną. Nie byłem w stanie wyobrazić sobie osoby, która mogłaby wypełnić artystyczną przestrzeń zarezerwowaną wcześniej dla Loïca Rossetti'ego. Później poznałem tę dwójkę wspaniałych ludzi - Lane Shi i Enrico Tiberi'ego. Dzięki nim wszystko się zmieniło, horyzonty artystyczne znacząco się poszerzyły. Ludzie, których spotykasz w życiu, wnoszą nowe możliwości, zmieniają twoją perspektywę, otwierają nowe artystyczne kierunki. To wspaniała sprawa!
MUAM: Zdecydowanie się zgadzam! Album ukazuje się w szczególnym czasie - w roku przełomowych odkryć astronomicznych, po zakończonej sukcesem księżycowej misji Artemis II. Fajnie to zaplanowałeś (śmiech)!
Robin: Wybrałem ten termin bardzo dokładnie (śmiech) - po prostu fajnie się to ułożyło, ale wiesz co? Chyba nadszedł czas, by The Ocean wyruszył tematycznie w kosmos. Wiele osób pytało mnie o to od lat, zawsze robiliśmy sobie z tego żarty, podkreślając, że kosmiczny "Pelagial" nie ma szans się wydarzyć. A jednak, nadszedł czas, by podążyć w tym kierunku - po "Holocene" taki zwrot akcji wydał się logiczny. "Solaris" zaczyna się tam, gdzie "Holocene" się zakończył.
Koncept albumu ukształtował się w 2025 roku. "Solaris" był od początku tytułem roboczym. Ten temat miałem na uwadze od dłuższego czasu, od niemal dekady, tylko musiał poczekać na odpowiedni moment. Zainspirował mnie film Andrieja Tarkowskiego o tym tytule, ten reżyser miał od dawna ogromny wpływ na moją twórczość - np. inspiracją dla "Pelagial" był film "Stalker". Gdy rozpoczęliśmy prace nad wokalami latem ubiegłego roku, jednocześnie zacząłem pisać teksty na płytę. Wtedy podjąłem ostateczną decyzję, że to jest dobry czas na opowiedzenie tej historii.
MUAM: Solaris to ocean, co dodaje zespołowemu mianu nowego wymiaru - oprócz odniesień ekosystemowych i środowiskowych, pojawia się też wymiar filozoficzny. Ocean staje się tu metaforą ludzkich wspomnień, emocji i doświadczeń, a co więcej sam Wszechświat można rozpatrywać jako wielki, wielowymiarowy ocean... Tych znaczeń i odniesień pewnie jest jeszcze więcej!
Robin: Tak, wszystko się ze sobą łączy - jak najbardziej miało to sens, by zespół The Ocean złożył na jednym ze swoich albumów hołd filmowi, którego bohaterem jest ocean będący pozaziemską formą inteligencji.
MUAM: Rozmawiamy o filmie z 1972 roku, dla którego punktem wyjścia była powieść Stanisława Lema o tym samym tytule. Co myślisz o tej książce?
Robin: Szczerze mówiąc, obejrzałem film przed przeczytaniem tej książki. To ma znaczenie, bo często jest tak, że przeczytasz najpierw powieść, a później obejrzysz jej adaptację filmową, czujesz się oszukany, bo miałeś swoje własne wyobrażenie opisanych wydarzeń, a ktoś zinterpretował je w filmie zupełnie inaczej i oglądany obraz nie koresponduje z tym, który masz w pamięci po przeczytaniu tekstu. Tu było zupełnie odwrotnie. Tarkowski wprowadził mnie w świat "Solaris". Gdy po seansie przeczytałem powieść Lema, nie spodobała mi się tak bardzo jak film...
Tarkowski uchwycił w tym filmie rzeczy, które są niemożliwe do odwzorowania w literaturze - np. gradację barw. Jest w filmie taki moment, w którym nagle wszystko zalewa błękit. To chwila przepełniona melancholią, której nie są w stanie opisać słowa. Jest kilka takich momentów, przez co nie jestem w stanie zachwycić się tą książką tak bardzo jak filmem...
MUAM: Rozumiem, co masz na myśli. :) Ciekawym pomysłem na dopełnienie albumu jest książka, która będzie towarzyszyć edycji specjalnej. Czytałam, że to historia inspirowana podróżnikiem i odkrywcą, Willemem Barentsem. Opowiesz więcej na ten temat?
Robin: Widzę, że sporo już odkryłaś! Chcieliśmy zrobić naprawdę ciekawą edycję specjalną. Zatytułować ją "Księgą Solaris" ("The Book of Solaris") inspirowaną "Księgą Tezeusza", zawrzeć kilka fajnych dodatków, jak mapy czy pocztówki. Później zacząłem się zastanawiać nad zawartością tej książki, bo to nie taka prosta sprawa (śmiech). Teksty utworów, choć są tym razem naprawdę obszerne, nie były wystarczające, by wypełnić kolejne strony treścią. Chciałem początkowo dodać pełne cytaty z filmu "Solaris", ale niestety ze względów prawnych nie jest to legalne. Mimo że Lem i Tarkowski nie żyją od dawna, wciąż nie upłynęło wystarczająco dużo czasu, by dostęp do ich dzieł był otwarty, by były częścią domeny publicznej.
Trzeba było zmienić trochę plany - zacząłem czytać zapiski, dzienniki i pamiętniki podróżników i odkrywców z XVI - XVIII wieku. To równoległa narracja do Solaris - opowieść o podróży kosmiczną łodzią ratunkową, z dala od wyczerpanej, niemożliwej do zasiedlenia przez ludzi matki Ziemi. Opowieść inspirowana podróżami wielkich odkrywców. Te pamiętniki bardzo mnie wciągnęły, czytałem je z zapartym tchem, dlatego też postanowiłem sięgnąć po jeden z nich jako inspirację. Zmieniliśmy wiele nazw, miejsc, a także niektóre wydarzenia, by dopasować narrację do naszej albumowej opowieści, ale jej rdzeń oparty jest na historycznym raporcie z podróży.
MUAM: Świetny pomysł! Z przyjemnością przeczytam tę Waszą wersję :)
Robin: Fajnie to wyszło. Teksty są po jednej stronie, napisane ręcznie, dzięki czemu wyglądają jak prawdziwe notatki z podróży. Wiesz, takie zapisane marginesy na stronach książki, którą czytasz jak gdzieś jedziesz. Są cytaty, są fragmenty tekstów, jest opowieść - przeplatają się tu dwie narracje na kilku poziomach - ta fantastyczna inspirowana filmem i ta historyczna, podróżnicza.
MUAM: Album sprawił, że zaczęłam poważnie się zastanawiać nad kilkoma sprawami. Np. nad tym, czym tak naprawdę jest "odkrywanie". Gdy docierając gdzieś uświadamiamy sobie obecność czego wcześniej nie doświadczyliśmy, np. dziewiczego środowiska, w którym nigdy wcześniej człowiek nie był, ludzka wizyta w takim miejscu ma na to środowisko wpływ, poniekąd je niszczy, bo spędzając tam czas, wchodzimy w interakcję z naturą. Albo inny przykład - chcąc poznawać kosmos, musimy zbudować statek, który nas tam zabierze - to pochłania ogrom zasobów, które w momencie startu rakiety w większości są niszczone, bo na Ziemię wraca maleńki fragment tej całej konstrukcji...
Robin: To prawda, niewinna obserwacja po prostu nie istnieje. Jest taka zasada w fizyce kwantowej, mówiąca o tym, że już samo obserwowanie cząstki zmienia jej tor i nie można obserwować czegoś, jednocześnie utrzymując kierunek i uwagę cząstki. To bardzo interesujący temat do rozważań. Kiedy patrzymy na coś, wpływamy na to i zmieniamy, co oznacza, że nie możemy postrzegać danej rzeczy w jej pierwotnym kształcie, kierunku lub ruchu.
Taki scenariusz sprawdził się też w przypadku historycznych odkrywców. Ludzie, którzy wyruszyli w podróż przez ocean i odkryli Amerykę Południową, ostatecznie nie tylko odkryli ten ląd, ale utrwalili Europejskie ślady we wszystkich kulturach i nacjach, które tam spotkali, przekazując im swoje własne wartości i idee. To często wiąże się z eksploracją.
To też bardzo interesujące pytanie pod kątem sztuki i artystów i podobnie nieinwazyjną eksplorację, która napędza i motywuje nas do działania - czy istnieje coś takiego jak niewinna eksploracja? Odkrywanie bez zmieniania biegu rzeczy, na które patrzymy? To jedno z centralnych pytań, wokół którego krąży ta płyta. Nie potrafię na nie odpowiedzieć jasno, ale myślę, że ważne jest, aby zadawać pytania, nawet jeśli nie wiesz, jak na nie odpowiedzieć.
MUAM: Zdecydowanie, takich pytań, na które nie ma jednoznacznej odpowiedzi jest wiele, choćby to, czego człowiek potrzebuje w życiu i do czego dąży. Odpowiedź w takim przypadku będzie się zmieniała w zależności od okoliczności i wydarzeń, które mają miejsce. Po co żyjemy, dlaczego podejmujemy takie, a nie inne decyzje. Można je mnożyć. Ale zadawanie takich pytań pomaga znaleźć życiową drogę i rozwiązanie wielu spraw, z którymi się zmagamy...
Robin: Dokładnie tak...
MUAM: Na to pytanie na pewno znasz odpowiedź - album zaczyna się w Berlinie i kończy w Patagonii, w Ameryce Południowej. O ile rozwiązanie pierwszej części zagadki wydaje się dość jasne, ze względu na to, że żyjesz na co dzień w Berlinie, to druga już taka oczywista nie jest. To pewne wyobrażenie końca świata? Wskazanie miejsca, które historycznie było uważane za krańcowy ląd?
Robin: Tak, powód, dla którego zaczynamy w Berlinie jest jasny - tu narodził się pomysł na album. Ten album jest takim powrotem do domu na wielu płaszczyznach. Został napisany i zarejestrowany w całości w Berlinie, co po kilku poprzednich albumach jest miłą odmianą. Napisałem zarys w czasie pandemii, a cały proces nagraniowy został zrealizowany w ciągu ubiegłego roku właśnie w Berlinie. Większość obecnego składu zespołu mieszka w Berlinie - poza Mattiasem, który jest w Sztokholmie i Jordim (Farre - perkusistą), który mieszka w Lipsku. Współrzędne, które opisują pierwszy utwór na płycie wskazują dokładnie siedzibę naszego studia nagraniowego i sali prób, czyli miejsca, w którym album powstał :)
Dlaczego opowieść kończy się w Patagonii? Tu wracamy do narracji historycznych odkryć. Finałowy utwór to kontynuacja dwóch poprzednich - "Ultima Esperanza" i "Milk Of My Dreams", które łączą się w jedną spójną kompozycję.
Ultima Esperanza to nazwa południowej prowincji w Chile na kontynencie południowoamerykańskim i oznacza po hiszpańsku ostatnią nadzieję. To mocny wydźwięk tej nazwy, ale też odniesienie do chwili odkrycia tego terenu przez hiszpańskiego podróżnika, który próbował podążać trasą Magellana. Część terenu była pokryta lodowcem, więc tego śladu nie znalazł - to był ślepy zaułek. Utwór traktuje o ostatniej nadziei, o jej porzucaniu i podtrzymywaniu nawet w obliczu okoliczności wskazujących na coś totalnie innego, niespodziewanego. Stąd właśnie te współrzędne. Podróż kończy się na drugim końcu świata. Po wizycie w Solaris wracamy na Ziemię, z tym, że na jej drugi kraniec.
MUAM: Czyli historia zatacza koło - bohaterowie wyruszają z Ziemi w kosmos i wracają na Ziemię. Brzmi jak pełny, zamknięty rozdział z początkiem i końcem.
Robin: To rozdział dłuższej historii. To kontynuacja "Holocene", bo zaczynamy tam, gdzie skończył się utwór "Subatlantic", z możliwością dodania kolejnych rozdziałów. Z drugiej strony masz rację - jest to zamknięty rozdział - rozpoczyna się i kończy współrzędnymi, a także tym samym brzmieniem celesty, instrumentu, który zarejestrowaliśmy w Hansa Studios, więc jest to pełen krąg muzyczny i liryczny. O to chodziło, taki był zamysł.
MUAM: A czy wydanie takiej pełnej, rozbudowanej historii muzycznej jest pewnego rodzaju buntem wobec serwisów streamingowych i nowej formy "kontaktu" z muzyką?
Robin: Zdecydowanie! Chcieliśmy przy okazji tego wydawnictwa podkreślić wagę albumu, to mocny argument za ich wydawaniem. Wychowaliśmy się na albumach i w tej formie muzykę kochamy najbardziej. Dlatego walczymy o to, by doświadczać muzyki właśnie w ten sposób. Dla mnie "Solaris" nie składa się z utworów - to jedna, spójna muzyczna wypowiedź, od A do Z, spięta klamrą. Można słuchać jej w pętli i trudno będzie się zorientować, gdzie jest który rozdział, gdzie jest początek i koniec - by to wychwycić, trzeba znać tę płytę bardzo dobrze. To miejsce jest dobrze ukryte.
Każdy aspekt tego albumu to bunt przeciwko krótkowieczności współczesnej konsumpcji muzyki, nie tylko ze względu na długość tych utworów i wydania właściwie jednego bardzo długiego utworu, ale także pod względem opakowania całości i formatu fizycznego. To mocny argument za znaczeniem albumu.
Moje postrzeganie muzyki zawsze opierało się na słuchaniu albumów, a nie pojedynczych piosenek. Nie podoba mi się pomysł wydawania singli – gramy w tę grę, ale oferujemy znacznie więcej. Jeśli chcesz poznać całość, musisz kupić płytę winylową lub odwiedzić Bandcamp, gdzie znajdziesz płytę w całości. Dlatego też zdecydowaliśmy się podzielić całość na Spotify, Apple i Amazonie na ponad 7 fragmentów. Jednym z powodów jest próba zachęcenia ludzi do odwiedzenia Bandcampa i kupienia wersji fizycznej. Tylko w ten sposób możesz doświadczyć tej opowieści w pełni.
Wspomniane już "Ultima Esperanza" i "Milk of My Dreams" to jeden, 21-minutowy utwór. Nie chcesz go dzielić, chcesz doświadczyć całości. Słuchanie go na rotacji playlist lub radarze premier to ułamek tego doświadczenia. To od Ciebie zależy, czy aktywnie poszukasz miejsca, w którym znajdziesz to, co pokaże realną wartość tej muzyki.
MUAM: Bardzo doceniam Twoje podejście i jestem tego samego zdania, jeśli chodzi o słuchanie muzyki. Doświadczanie muzyki w pełnej formie to wspaniała sprawa, ale jak ze wszystkim, czego w życiu doświadczamy, są takie chwile, gdy odczuwa się potrzebę odcięcia od wszystkiego. Czy podczas międzyalbumowego okresu miałeś takie chwile, w których czułeś, że jesteś zbyt zmęczony muzyką i potrzebowałeś przerwy? Czy będąc związanym z dźwiękiem tak silnie masz czasem tak, że nie masz siły słuchać muzyki?
Robin: Miewam okresy, gdy słucham muzyki w bardzo dużej ilości i takie, w których praktycznie jej nie słucham. Myślę, że jest to bezpośrednio związane z poziomem stresu w moim życiu. Kiedy jestem zestresowany i źle śpię, zazwyczaj nie słucham zbyt wiele muzyki, ale kiedy jestem w dobrym nastroju, otwarty na różne doświadczenia, zazwyczaj słucham dużo.
To zależy również od tego, czy sam pracuję nad muzyką. Przez drugą połowę zeszłego roku intensywnie pracowałem nad albumem. Byłem dosłownie w studiu prawie codziennie, co spowodowało, że słuchałem znacznie mniej muzyki w domu. Kiedy pracujesz nad brzmieniem cały dzień, pracujesz uszami i naturalnie potrzebujesz przerwy. Zdałem sobie z tego sprawę, że im więcej pracuję nad muzyką, tym mniej aktywnie jej szukam. Oczywiście mam też Pelagic Records, więc muszę słuchać muzyki i starać się odkrywać nowe rzeczy, dlatego kiedy wydajemy nowe albumy, oczywiście chcę ich słuchać. Aktywnie słucham, realizuję różne rzeczy z nimi związane, rozmawiam o muzyce, podpisuję kontrakty z zespołami.
MUAM: No tak, to jak najbardziej zrozumiałe. Na "Solaris" oprócz The Ocean znaczącą rolę odgrywa też... Tangerine Dream. Jak rozpoczęła się Twoja współpraca z Thorstenem Quaeschningiem? Co zainspirowało Cię do zaproszenia go do współpracy z The Ocean?
Robin: Jestem wielkim fanem Tangerine Dream, szczególnie uwielbiam wcześniejsze albumy. W ostatnim czasie słuchałem intensywnie "Force Majeure".
To ogromny zaszczyt gościć Thorstena na płycie. To wydarzyło się dość spontanicznie – pewnego ranka, w czasie, gdy nagrywaliśmy perkusję w Hansa Studios, zobaczyłem jego wpis na Instagramie, kiedy nagrywał coś z Kristofem Hahnem ze Swans. Wiedziałem, że Tangerine Dream są w pobliżu i że też pracowali kiedyś w Hansa. Napisałem do niego wiadomość mniej więcej o takiej treści: "Hej, gram w tym berlińskim zespole, jestem wielkim fanem twojej twórczości i teraz nagrywamy w Hansa, czy chciałbyś wpaść i posłuchać?" Odwiedził nas w tamtym tygodniu. Rozmawialiśmy przez kilka godzin, było świetnie. Posłuchał albumu i zaczęliśmy rozważać, jak wyobrażamy sobie współpracę. Wtedy były to bardzo luźne rozmowy, bo musiał wsłuchać się w naszą muzykę, poznać nas i wczuć w klimat. Później przez kilka miesięcy nic się nie działo - nie chciał pracować nad swoimi partiami póki nie nagramy basu, a mogliśmy to zrobić dopiero na przełomie grudnia i stycznia. Miks albumu był zaplanowany na luty. Usiedliśmy z nim do pracy na tydzień przed miksami - dość późno, ale na szczęście udało się wszystko dopiąć.
Spotkaliśmy się w jego studiu, które samo w sobie jest fenomenalnym muzeum syntezatorów. Znajduje się tam praktycznie każdy syntezator, jaki kiedykolwiek zbudowano – to absolutnie niesamowite. Trochę czasu zajęło Thorstenowi wczucie się w klimat naszej muzyki. Wiesz, tu ciągle coś gra, pod powierzchnią skrytych jest mnóstwo zmieniających się partii w różnych tempach. Nieustannie dzieje się coś związanego z rytmem, czego nie dostrzega się słuchając całości, ale gdy programujesz coś na MIDI w sekwencjach, to bardzo przeszkadza, bo ciągle dzieje się coś innego w tym samym czasie. Gramy wiele rzeczy na żywo w tych sekwencjach i gdy Thorsten znalazł klucz do naszego dźwiękowego kosmosu, narodziły się niesamowite rzeczy. Stworzył fenomenalne partie na syntezatorach modularnych i wielu innych instrumentach, które ma u siebie w studiu. Trochę zabrakło nam czasu pod koniec sesji, by dopracować drobiazgi, chciałbym, byśmy mieli jeszcze tydzień.
Okazało się jednak, że mamy o wiele więcej materiału, niż mogliśmy zmieścić na płycie, więc wiele dźwięków odłożyliśmy na później. Nie zdecydowaliśmy jeszcze, co z tym zrobić, ale mamy tyle fantastycznych nagrań z sesji, że chcemy zamieścić je w przyszłości na osobnym wydawnictwie. Współpraca z Thorstenem była niezwykle inspirująca i mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy. Naprawdę wiele wniósł do brzmienia "Solaris", nadał albumowi nowy kierunek.
MUAM: Bardzo się cieszę, że tak fajnie się poukładało i trzymam kciuki za dalszą współpracę. Na koniec zapytam jeszcze o nadchodzącą jesienno-zimową trasę. Czy wszyscy muzycy kolektywu będą obecni na koncertach? Wspominałeś, że większość z Was mieszka teraz w Berlinie, więc jest szansa :)
Robin: Na nadchodzącej trasie europejskiej, która w grudniu zawita też do Polski, będzie sześciu z siedmiu członków zespołu. Obecnie w zespole są: Jordi (perkusista), Mattias (basista), Lane (wokalistka), Enrico (wokalista) i trzech gitarzystów - Marco Gennaro, Manuel Jessua i moja skromna osoba. Na większości koncertów trasy wystąpi dwóch gitarzystów - podczas pierwszej części trasy (jesiennej, obejmującej wschodnią i północną Europę) będę ja z Manuelem, a w trakcie drugiej części trasy, która zawita w styczniu i lutym do zachodniej i południowej Europy, Marco zastąpi Manu. Będą się zmieniali. Dlaczego? Nie mogłem się zdecydować, którego z nich zaprosić do współpracy, bo obaj są świetnymi ludźmi i fantastycznymi muzykami. Jest jeszcze jeden powód - po perturbacjach składowych w poprzednich latach pomyślałem, że lepiej mieć w zespole o jedną osobę więcej, niż zmagać się z niedoborami w składzie.
Gdy ktoś z nas będzie potrzebował przerwy, odpoczynku od zespołu z jakiegokolwiek powodu, będzie miał taką możliwość. Manu jest też muzykiem Hypno5e, więc nie zawsze będzie dostępny, Mattias nie czuje się komfortowo w Stanach i zrezygnował z udziału w tej części trasy - zastąpi go Marco, który oprócz gitary świetnie radzi sobie też z grą na basie. Wtedy na gitarze zagram ja i Manu. The Ocean będą znów kolektywem, za każdym razem skład będzie nieco się zmieniał, dzięki czemu podczas każdej kolejnej trasy doświadczenie koncertowe będzie nieco inne. Zagraliśmy wszyscy na tegorocznej edycji Pelagic Festu (29 sierpnia w Maastricht), ale poza pewnymi szczególnymi okazjami usłyszeć będzie można na żywo większość z nas, ale nie wszystkich. To ciekawa odmiana także dla fanów, bo za każdym razem zabrzmimy nieco inaczej i nigdy nasz koncert nie będzie taki sam.
MUAM: To bardzo dobry pomysł z tym odpoczynkiem. Podoba mi się! Dziękuję Ci pięknie za Twój czas, jak zawsze świetnie się rozmawiało. Trzymam kciuki za wszystkie Twoje plany! Do zobaczenia w grudniu!
Robin: Mi również, nie mogę się doczekać, do zobaczenia, trzymaj się!
"Solaris" ukazuje się 25 września 2026 roku nakładem Pelagic Records.
Albumu możecie posłuchać tu: https://theocean.bandcamp.com/album/solaris
Fizyczne wersje, w tym edycje specjalne, dostępne są w sprzedaży tu: https://pelagic-records.com/?s=the+ocean&post_type=product
Pod koniec roku The Ocean wyruszą w trasę koncertową po Europie, w ramach której zawitają do Polski na dwa koncerty. 8 grudnia 2026 wystąpią w Hype Parku w Krakowie, a dzień później w warszawskiej Proximie. Podczas polskich koncertów towarzyszyć im będą wspaniałe belgijskie zespoły, także wydające albumy pod szyldem Pelagic Records - Pothamus oraz Psychonaut. Na koncerty zaprasza Winiary Bookings. Bilety są na www.winiarybookings.pl
Więcej o The Ocean m.in. tu:
https://www.miedzyuchemamozgiem.eu/2024/01/the-ocean-w-naszych-utworach-jest.html
https://www.miedzyuchemamozgiem.eu/2025/01/wszystko-co-dobre-kiedys-sie-konczy.html
https://www.miedzyuchemamozgiem.eu/2026/05/spogladajac-w-nocne-niebo-wielki-powrot.html
https://www.miedzyuchemamozgiem.eu/2023/05/the-ocean-holocene-19052023.html
https://www.miedzyuchemamozgiem.eu/2024/12/wspolne-wydawnictwo-ocean-i-sierry.html
Więcej o Psychonaut tu:
https://www.miedzyuchemamozgiem.eu/2025/09/psychonaut-world-maker-to-opowiesc-o.html
Więcej o Pothamus tu:
https://www.miedzyuchemamozgiem.eu/2025/01/pothamus-dazymy-do-stanu-muzycznej.html


