wtorek, 8 września 2026

Legendy gatunku i kopalnia różnorodności, czyli kilka słów o siedemnastej edycji Summer Dying Loud

Muzyka najwyższej jakości, świetna, domowa atmosfera i spotkania z przyjaciółmi - siedemnasta edycja Summer Dying Loud przyniosła jak zawsze jej uczestnikom ogrom wrażeń. W pierwszy wrześniowy weekend fani metalu z całej Polski spotkali się w Aleksandrowie Łódzkim, by wspólnie zachwycać się różnorodnością ciężkich brzmień, spotkać z legendami gatunku i odkryć dla siebie coś nowego i nieoczywistego. Z ponad pięćdziesięciu koncertów na dwóch scenach z pewnością każdy znalazł coś dla siebie - czy to pośród gatunkowej klasyki, czy też brzmień eksperymentalnych i bardziej melodyjnych. 

W tym roku ze względów zupełnie niezwiązanych z muzyką dotarłam jedynie na pięć występów, o których pokrótce Wam opowiem. 

 

Tom Warrior, fot. A.Wojcińska

 

Ogrom pozytywnej energii z Danii

Gdy meldowałam się na festiwalowym terenie, zabawa trwała już w najlepsze. Tak się złożyło, że trafiłam akurat w jeden z możliwie najlepszych momentów. Publiczność pod sceną główną rozgrzana po rewelacyjnym koncercie będącej w szczycie formy grupy Ciśnienie była tak rozentuzjazmowana, że nie pozostało nic innego, jak tę dobrą energię podtrzymać, o co zadbali występujący po nich Duńczycy z Baest. 

Baest to prawdziwe sceniczne bestie, co udowodnili już na koncertach w naszym kraju kilkukrotnie, na Summer Dying Loud dobitnie potwierdzając klasę. Wkroczyli na scenę pełni radości i energii i nie szczędzili pozytywnych emocji do ostatniej chwili swojego występu. To była moc w pełnej odsłonie - nasycona deathmetalową  potęgą o rock'n'rollowym potencjale. Z utworu na utwór rozpędzali się coraz bardziej, coraz silniej przekonując do siebie publiczność, która kręciła pod sceną młynki i bawiła się w najlepsze. Było tak fajnie, że nie pozostało nic innego, jak zostać do końca, dlatego też by złapać chwilę oddechu, także po kilkugodzinnej podróży na festiwalowy teren, odpuściłam rozpoczynający się tuż po nim występ w Krypcie. Jak się później okazało, pozostało tak już do końca, bo kolejne koncerty serwowane tego dnia na Scenie Głównej były tak dobre, że szkoda było uronić z nich choćby odrobinę. 

 

BAEST, fot. A.Wojcińska

Pasjonujący spektakl

Grają po swojemu - od zawsze wplatając w swoje muzyczne pomysły, co nieoczywiste. Dźwięki hipnotyzujące, psychodeliczne, eksperymentalne i progresywne łączą z black metalową podstawą. Sigh to żywa legenda, od początku idąca własną drogą, przeobrażająca się z albumu na album, bez oglądania się na trendy. Japończycy wyprzedzili swój czas, tworząc muzykę odważną, ryzykowną, wymykającą się gatunkowym szufladom. Niezmiennie od lat świetną. 

Na przestrzeni lat zmienił się skład zespołu, ale nie osłabła energia, która towarzyszy ich występom. Sigh zaserwowali publiczności  jeden z absolutnie najbardziej oryginalnych koncertów w historii festiwalu w każdym aspekcie. Scena mieniła się od barw zarówno pod względem muzycznym jak i wizualnym. Dalekowschodnie elementy dekoracyjne, stroje i wizerunek zespołu tak bardzo tożsamy z miejscem, z którego się wywodzi doskonale współgrały z subtelnymi światłami i brzmieniem, które zachwycało od pierwszej minuty, łącząc psychodeliczne elementy z porażającym wykopem. Odbiorca tego osobliwego widowiska był nieustannie zaskakiwany drobnymi elementami, które układały się w spójną opowieść. 

Mirai Kiwashima, Sigh, fot. A.Wojcińska 

 

Pod wodzą Mirai Kiwashimy zespół zaprezentował materiał z najnowszego albumu "Goh-Ka", który obronił się wybornie. Instrumenty tradycyjne w połączeniu z brzmieniem gitary, saksofonu i bębnów stworzyły wyjątkową aurę, w której pozostawała spora przestrzeń do improwizacji. Na najnowszej płycie w singlowym "Unputenpu" na gitarze zagrał Mikael Akerfeldt z Opeth. Kto wie, może też dlatego wszystkie egzemplarze fizycznej wersji albumu wyprzedały się w mig jeszcze zanim koncert rozkręcił się na dobre. Trudno się temu dziwić, bo to sztuka najwyższej jakości. 

Jak podkreślał Kiwashima w materiałach prasowych promujących płytę, jedną z inspiracji albumowych obok horrorów i japońskiej kultury był dorobek Celtic Frost - pomnikowej grupy, na czele której stał  Tom Warrior, który wystąpił tego wieczoru na tej samej scenie kilka godzin później. Lepiej być nie mogło - zgodziło się miejsce, czas i okoliczności zarówno dla fanów metalu w tej bardziej nieprzewidywalnej odsłonie, jak i artystów występujących w czwartek na festiwalu. Wyobrażam sobie, jak wielkim przeżyciem musiało być spotkanie obu legendarnych muzyków za kulisami... 

Sigh, fot. A.Wojcińska

Nowej płyty Sigh posłuchać można tu: https://peaceville.bandcamp.com/album/goh-ka

 

Deathmetalowa klasa

Dla wielu sympatyków ciężkich brzmień to właśnie ten występ był tego wieczoru najważniejszy - Amerykanie z Massacre zmiażdżyli obecnych mocą i brzmieniem, wprawiając w ruch chyba niemal każdego obecnego. Choć z oryginalnego składu pozostał jedynie wokalista Kam Lee,  energii nie brakowało i zespół zgrał się bardzo dobrze. Było głośno, mocno i konkretnie - jak na kultową kapelę przystało. 

Mimo że to nie do końca muzyka, której słucham na co dzień, spędziłam ten czas pod sceną bardzo przyjemnie. Nieco dalej niż bezpośrednio w tłumie, ale słuchając z uwagą i chłonąc te dźwięki - siarczyste, miażdżące, potrafiące naprawdę dobrze postawić na nogi po długim dniu i dostarczyć energii na dalsze atrakcje wieczoru. To był bardzo ważny i bardzo potrzebny koncert. 

Kam Lee, Massacre, fot. A.Wojcińska


Mroczne piosenki w retro-stylu

Po sonicznej "masakrze" jedynym słusznym wyjściem był odpoczynek od szybkich, mocnych strzałów i właśnie takie emocje zapewnił Lucifer - zespół, który z powodzeniem łączy metalowy ciężar z melodyjnością. Przewrotne teksty osnute gotycką aurą świetnie wpisują się w te brzmienia. 

Lucifer od lat buduje reputacje świetnego zespołu koncertowego, co w Aleksandrowie tylko potwierdził.  Charyzmatyczne dziewczyny rozbujały i zaczarowały niejednego fana urokiem swojej muzyki, której blisko zarówno do dokonań Black Sabbath jak i popowej przystępności w stylu lat osiemdziesiątych. Pozwoliły zarówno nieco odetchnąć od szaleństw pod sceną w pogo, ale też nieustannie przykuwały uwagę riffami, zagraniami i spojrzeniami - trochę na serio, trochę z przekąsem. Muzyka angażowała, intrygowała, wprawiała w pozytywny nastrój. I właśnie o to chodziło. 

Lucifer, fot. A.Wojcińska

Spotkanie z mistrzem

Mistrz mroku, wyjątkowy gitarzysta, a przede wszystkim wspaniały, serdeczny i bezproblemowy człowiek - Tom Warrior to artysta wybitny, który każdego człowieka wrażliwego na sztukę zachwyca swoją osobowością. To człowiek z charyzmą, a zarazem niezwykle ciepły, którego głos, gdy używany do muzycznej ekspresji, poraża potęgą, podczas gdy w codziennych sytuacjach, ujmuje ciepłem i dobrocią. 

Po pamiętnym występie w czerwcu 2022 roku w ramach Mystic Festivalu w Gdańsku, gdzie mistrz wykonał  kompozycje z repertuaru wszystkich trzech swoich projektów, a także zaprezentował wystawę masek śmierci, jego powrót do Polski był ogromnie wyczekiwany. Czwartkowy występ Triptykon w Aleksandrowie Łódzkim był spełnieniem marzeń dla kilku pokoleń fanów. Artysta nie tylko sięgnął po utwory z repertuaru Triptykon, ale też flagowe kompozycje legendarnego Celtic Frost, wypełniając swój występ muzyką potężną, a zarazem niezwykle atmosferyczną, która na osnutej dymną mgłą scenie, w towarzystwie wychylającego się nieśmiało zza chmur księżyca brzmiała tak, jakby została stworzona idealnie na tę okoliczność. 

Triptykon, fot. A.Wojcińska 
 

Grał i śpiewał jak natchniony, serwując cios za ciosem, wraz z towarzyszącymi mu przyjaciółmi, po każdej wykonanej kompozycji szczerze dziękując fanom za okazane wsparcie. Zachwycał się festiwalową atmosferą i serdecznością publiczności, która przyjęła go z sercem na dłoni. Gdy przed koncertem podpisywał fanom pamiątki, otaczały go osoby szczerze wzruszone, dziękujące za dźwięki, które ukształtowały ich muzyczne gusta na lata. 

Jego potężny głos niósł się po festiwalowym terenie, pozostawiając wspomnienie uczestniczenia w wydarzeniu wyjątkowym, które zapamięta się na lata. Wielu naprawdę wspaniałych artystów wystąpiło na Summer Dying Loud zarówno tego dnia, jak i w poprzednich latach, ale Tom Warrior jest jednym z tych najważniejszych. Jest absolutnie niezastąpiony i bez jego twórczości metal nie byłby taki sam. 

Triptykon, fot. A.Wojcińska 


Miejsce, do którego chce się wracać 

Gdy tuż po zakończeniu występu Toma Warriora i przyjaciół wyjeżdżałam z festiwalowego terenu towarzyszyły mi skrajne emocje - poczucie spełnienia wynikające ze spotkania z legendą i wspaniałym człowiekiem poprzedzone pakietem świetnych koncertów, a także niedosyt i smutek spowodowane faktem, że tegoroczne festiwalowe doświadczenie trwało tym razem w moim przypadku tak krótko. 

Summer Dying Loud to niewątpliwie jeden z tych festiwali, na które wraca się nie tylko z powodu muzyki - to miejsce, w którym fani dźwięków nieoczywistych - choć często ekstremalnych, niepokojących i przejmujących, ale niezmiennie najwyższej jakości, po prostu czują się dobrze, ciesząc się wspólnym czasem, spotkaniami z przyjaciółmi i odpoczynkiem na świeżym powietrzu podczas ostatnich ciepłych dni roku. Są razem, tu i teraz i słuchają muzyki, która ich wzrusza, porusza i zostaje z nimi do kolejnej edycji, albo i dłużej. Warto tu wracać, choćby na chwilę, by choć na moment odciąć się od nierzadko przytłaczającej rzeczywistości, by po prostu tu być. 

Kolejna okazja ku temu już za rok! Festiwal powróci tradycyjnie na początku września. Jego osiemnasta edycja odbędzie się w dniach 2-4 września 2027, oczywiście na terenie aleksandrowskiego MOSiRu. Warto już teraz zarezerwować sobie czas. Po aktualne informacje festiwalowe zaglądajcie na stronę www.summerdyingloud.pl oraz na profile społecznościowe festiwalu! 

 

Triptykon, fot. A.Wojcińska

Więcej zdjęć z czwartkowych koncertów tu: 

BAEST: https://www.muamart.pl/index.php/baest/

SIGH: https://www.muamart.pl/index.php/sigh/

MASSACRE: https://www.muamart.pl/index.php/massacre/

LUCIFER: https://www.muamart.pl/index.php/lucifer/

TRIPTYKON:  https://www.muamart.pl/index.php/triptykon/

Sigh, fot. A.Wojcińska