poniedziałek, 14 września 2026

Piątek w rytmie funku i węgierskiej muzyki tradycyjnej, czyli o występach Snarky Puppy i Söndörgő w Klubie Stodoła

Każdy, kto sięga po muzykę improwizowaną prędzej czy później usłyszy o tym zespole. Kolektywie, który nie stawia sobie żadnych granic, chcąc po prostu celebrować sztukę - wspólne tworzenie, bycie tu i teraz i dzielenie się radością. Twórczość Snarky Puppy momentalnie przywołuje dobrą energię i uśmiech. Michael League i przyjaciele czują się w Polsce bardzo dobrze i regularnie od lat do nas wracają. Tym razem dobrą okazją, na spotkanie okazała się trasa promująca wydany jesienią ubiegłego roku album "Somni", w ramach której grupa odwiedziła warszawski Klub Stodoła. 

 

Michael League, Snarky Puppy, fot.A.Wojcińska 

 

Czerpiąc inspiracje z muzyki świata 

Dwadzieścia osób, skład zmienny, otwarty, stały przepływ artystycznych idei - Snarky Puppy to kolektyw, który od lat robi swoje. Łączą improwizację z funkowym pulsem, sięgają po tradycję, a jednocześnie śmiało spoglądają przed siebie. W ich dźwiękach przeplatają się echa kultury amerykańskiej i wpływów muzycznych z całego świata. 

 „Na przestrzeni lat nasz krajobraz dźwiękowy znacznie się rozszerzył. Kiedy zespół zaczynał, byliśmy bardziej jazzowi, inteligentni i zorientowani na muzykę. Wchodząc na scenę w Dallas staliśmy się bardziej emocjonalni, w pewnym sensie głębsi. Postawiliśmy na groove. Skupiliśmy się bardziej na komunikowaniu jasnego przesłania, zrozumiałego dla słuchacza, bez zbędnych uproszczeń” - tłumaczył lider zespołu, dbający o rytm Michael League

 Najnowszy album "Somni" jest tego dowodem - nagrany we współpracy z Metropole Orkest jest kolejną ekscytującą podróżą, której cel jest stale otwarty. Snarky Puppy nie chcą się powtarzać, chcą iść naprzód, ku kolejnym wyzwaniom. 

 

Snarky Puppy, fot.A.Wojcińska

Przenikające się kultury 

Snarky Puppy dziś mają nie tylko autorskie spojrzenie na muzykę, lecz własną wytwórnie, w ramach której wydają nie tylko swój materiał, ale też pomagają innym zespołom pokazać się szerszej publiczności. Efektem tej współpracy jest gościnny udział w trasie węgierskiej grupy Söndörgő, która otworzyła wieczór w Stodole. Akcentem bardzo mocnym i pełnym obezwładniająco pozytywnej energii, która zbudowała ten wieczór. 

Söndörgő, fot. A.Wojcińska
 

Szalejący akordeon, instrumenty tradycyjne, w tym tambura, potężne bębny, sekcja dęta, gitara - brzmienie tej grupy chociaż silnie zakorzenione w tradycji, śmiało podąża naprzód, ku nowemu, łącząc melodykę rodem z muzyki zachodniej, z mikrotonowym charakterem muzyki wschodu i folkowym sznytem. W koncertowej wersji zaprezentowali się tak dobrze, że nie sposób było przejść obok tych dźwięków obojętnie. Witani serdecznie, z każdym kolejnym utworem przyjmowani byli coraz bardziej entuzjastycznie. Ciepła, szczera muzyka, lekka, a zarazem wykonana wirtuozersko i precyzyjnie, obroniła się z nawiązką. Kulminacja emocji nastąpiła, gdy League i sekcja dęta Snarky Puppy dołączyli do supportu na scenie na jeden utwór, wnosząc ten występ na kolejny poziom. 

Momentalnie okazało się, że czterdzieści minut to zdecydowanie za mało i zespół zasłużył na co najmniej drugie tyle. Jestem niemal pewna, że nie było to ostatnie spotkanie Węgrów z polską publicznością, którzy poczuli, że jest tu równie miło, jak w ich rodzinnych stronach. 


Söndörgő, fot. A.Wojcińska

 Jak u siebie 

 "Warszawa to fantastyczne miejsce - z fajną energią i dobrym jedzeniem. Cieszę się, że mieliśmy tym razem aż dwa dni, by spędzić tu trochę czasu" - opowiadał ze sceny lider zespołu. Snarky Puppy wracają do Polski regularnie, dzięki czemu League niemal nauczył się mówić w naszym języku - bardzo wyraźnie i poprawnie akcentując słowa podziękowań i zwrotów grzecznościowych. Wdzięczny i wzruszony dziękował z całego serca publiczności, która od pierwszych minut reagowała niezwykle żywiołowo, owacyjnie dopingując zespół na każdym kroku. Fani nie tylko słuchali z uwagą, ale wręcz dawali się ponieść muzyce, tańcząc i płynąc w rytmie pulsujących melodii. Kolejne wykonane kompozycje ewoluowały na oczach i uszach fanów, prowadząc znane i uwielbiane utwory w nowych kierunkach, co tylko napędzało koncertową energię. 

Snarky Puppy, fot.A.Wojcińska
 

 "Popowy zespół bez wokali, który dużo improwizuje"  

Z 20-osobowego składu przyjechała połowa, ale to w zupełności wystarczyło, by zbudować swoisty muzyczny kosmos. Oprócz utworów z kultowego już "We Like It Here" i reprezentantów najnowszego "Somni" w setliście pojawiły się też dawno niewykonywane na żywo utwory, w tym "Young Stuff" - w sumie półtorej godziny muzyki, która intrygowała na każdym kroku - energią, rytmem, zwrotami akcji czy wyjątkową solówką. Dwie perkusje, bas, klawisze, sekcja dęta, gitara i skrzypce - połączenie tych instrumentów było gwarancją pełnego brzmienia i stylistycznych wycieczek - zarówno w stronę improwizatorskiej awangardy, jak i melodyjności o niemal popowym zabarwieniu. "Jesteśmy popowym zespołem bez wokalu, który dużo improwizuje" - zwykł mówić o muzyce kolektywu jego lider i pomysłodawca.

 

Snarky Puppy, fot.A.Wojcińska

 

 Nie mylił się - to muzyka na każdą okazję, która łączy sympatyków różnych brzmień - jest lekka i przyjemna, a dodatkowo nie brak jej wyrafinowania, dzięki czemu podoba się zarówno fanom jazzu jak i miłośnikom piosenkowości. Jest tu uzależniający rytm, jest powalająca na kolana technika, jest zgranie i współpraca, jest cała paleta barw i nastrojów. Wszystko, co można sobie wymarzyć, a jednocześnie nie za dużo, by poczuć się przytłoczonym różnorodnością. 

 

Snarky Puppy, fot. A.Wojcińska 

 

W Stodole płynących ze sceny dźwięków z radością słuchało kilka pokoleń miłośników muzyki - fani jazzu, rocka, popu w różnym wieku, rodzice z dziećmi uśmiechniętymi od ucha do ucha i młodzi ludzie, którzy zgłębiają tajniki muzyki. I naprawdę każdy z nich znalazł tu coś dla siebie. 


Snarky Puppy, fot. A.Wojcińska