środa, 21 października 2026

W świetle księżyca, czyli o "Tungl" Eivør

Nowe piosenki, nowe wyzwania i nowa wytwórnia - Eivør pnie się do góry i konsekwentnie idzie własną ścieżką, zdobywając coraz szerszą rozpoznawalność. Po dwóch latach od premiery "ENN" farerska artystka wraca z nowym albumem, na którym oddaje hołd księżycowi, skupiając się na meandrach emocjonalnych i mroczniejszej stronie ludzkiej natury. Wszystko to opatrzone zostało bardzo przystępnymi melodiami, podkreślającymi jej wyjątkowy głos. 

 

 

 

Czas księżyca

2026 rok niewątpliwie można nazwać rokiem księżycowym - nie z powodów astrologicznych, lecz naukowych i astronomicznych. Niedawno zakończyła się sukcesem misja Artemis II, która przyniosła pierwszą w dziejach ludzkości fotograficzną dokumentację ciemnej strony księżyca i najdalszy lot w kosmos w historii. To także rok spektakularnych zaćmień Słońca i Księżyca. Podczas pierwszego wymienionego mogliśmy podziwiać księżyc w nowiu zasłaniający słoneczną tarczę, podczas drugiego zaś księżycowa tarcza stała się na jakiś czas rdzawoczerwona. 

W ten szczególny czas ze swoją muzyką postanowiła wpisać się Eivør, która od zawsze jest blisko natury. Żyjąc na Wyspach Owczych, w otoczeniu porywistych wiatrów, morskich fal i niemal nienaruszonej ludzką działalnością przyrody oddaje naturze hołd w swoich utworach od dawna. Tym razem skupia się na księżycu, symbolu mrocznej strony, sięgając w sferę żywiołów głębiej, tam, gdzie czai się niepokój. Daje o tym wyraźnie znać w tytułach i tekstach kolejnych kompozycji, opowiadając o procesie godzenia się z odejściem ukochanej osoby, o tęsknocie, o spojrzeniu wgłąb własnych skrywanych emocji, o układaniu wszystkiego od nowa. 

 

Życiowe cykle pełne mroku 

„Tungl zgłębia nieustannie zmieniające się cykle życia – utwory oscylują między chwilami czułości i bólu serca, miłości i straty, a emocjonalnymi falami, które nas kształtują. Niczym księżyc, który zainspirował tytuł, Tungl służy jako delikatny przewodnik przez mroczne zakamarki życia, oświetlając piękno, odporność i transformację, które napotykamy po drodze” - mówi artystka o swojej nowej płycie. Swoim nietuzinkowym głosem prowadzi narrację pełną niepokoju i z każdym odsłuchem wciągającą coraz bardziej. 

Niepewne czasy, niepokój, który narasta to moment, w którym bardzo łatwo pogubić się emocjonalnie. Eivør podkreśla, że szczególnie teraz trzeba wierzyć w siebie i szukać nadziei, punktów odniesienia, na których można polegać. Są nimi z pewnością Słońce i Księżyc, które mogą posłużyć za życiowy kompas, a także to, co jest nam bliskie od zawsze i co przynosi nam ukojenie - w przypadku artystki jest to niewątpliwie szum i kołysanie morskich fal (o tym śpiewa w "Everyone But Me"). Ten kontakt z naturą daje poczucie stabilności, oparcia, co bardzo pomaga w chwilach zwątpienia, niepokoju i emocjonalnych burz, które przecież prędzej czy później dotykają każdego człowieka. Warto też przy tym pamiętać o leczniczej sile czasu, który pozwala godzić się ze zmianami, o czym traktuje "Healer". 

 


 Pomost do szerzej rozpoznawalności? 

"Tungl" to niewątpliwie mroczna płyta w warstwie lirycznej, ale muzycznie aż tak ciężko, potężnie i przytłaczająco już nie jest. Nie jestem pewna, czy w warstwie instrumentalnej mroczniejszy nie był poprzedni "ENN" - bazujący w dużej mierze na eksperymentach i elektronice. Na nowym albumie Eivør łączy w równym stopniu atmosferyczność z przebojowością bliską radiowym piosenkom sprzed lat. Śpiewa jak zawsze świetnie, w pełni wykorzystując skalę swojego głosu. Buduje przestrzeń i narrację swoim potężnym, niosącym się echem, fenomenalnym głosem, ale rezygnuje tu z folkowej ekspresji pod kątem muzyki, stawiając na to, co bardziej przystępne i bardziej znajome szerszej publiczności. W kilku momentach w ramach eksperymentu sięga nawet po popularny autotune, co nie do końca chyba pasuje do wydźwięku albumu. 

Eivør zawsze chciała śpiewać pop. Od lat to pragnienie realizuje na kolejnych albumach - w mniejszym lub większym stopniu. Dotąd wychodziło jej to bez zarzutu, naprawdę świetnie. Kłopot w tym, że na "Tungl" coś pogubiło się w kwestii miksu i produkcji - większość piosenek cechuje niestety dość jednostajny rytm. Choć są doskonale zaśpiewane, czegoś tu brakuje. Perkusję zastępuje w dużej mierze ta maszynowa, która nie zawsze się sprawdza. 

Oczywiście, jest kilka wyróżniających się pomysłów, jak bondowski singlowy "Healer", czy pełen niepokoju "Fangað" zaśpiewany wspólnie z bardzo zdolną młodszą siostrą artystki, Elinborg albo eteryczny i refleksyjny finał "Everyone But Me". Są też w kilku fragmentach znajome patenty z dotychczasowych dokonań artystki. Jest dobrze, ale pozostaje mały niedosyt. 

 

Po swojemu

Jeśli ktoś nie znał wcześniej tej farerskiej artystki, z pewnością jest to dobry album, by zaprezentować jej niezwykłe umiejętności wokalne i szerokie spektrum gatunkowe, po które sięga. Brakuje jedynie odniesień folkowych, które stały się dla niej pomostem do światowej kariery. Niekoniecznie tych w stylu hitów "Trollabundin" czy "I Tokuni", bo przecież jest tu znacznie szersze pole do popisu, ale tych nasyconych północnoeuropejskim mrokiem i mocą żywiołów natury.  Być może ktoś, kto dotąd nie znał tej muzyki, dzięki "Tungl" chętniej sięgnie po poprzednie płyty i zacznie odkrywać, wnikać głębiej w wieloletni dorobek artystki. Oby tak było! 

"Nigdy nie czułam, że naprawdę pasuje do jakiejkolwiek muzycznej szuflady" - mówi Eivør . "Muszę wszystko zrobić po swojemu:" Taką płytę chciała nagrać, by pokazać się światu. Nowa wytwórnia, Nuclear Blast daje jej tę możliwość. Zasłużyła na tę rozpoznawalność i docenienie wielu lat starań i konsekwentnego wspinania się po kolejnych szczeblach. 

 

 

"Tungl", ukazał się 16.10 nakładem Nuclear Blast Records

Albumu możecie posłuchać tu: https://www.youtube.com/watch?v=lwTiNj5vYrA

Okazja, by usłyszeć nowe utwory na żywo 21 marca 2027 roku w warszawskiej Progresji. Na koncert zaprasza Fource Poland. Więcej na www.fource.pl