Saksofonista, który odważnie prowadzi melodię i wnosi do muzyki tyle energii co potężny metalowy wykop, nie stroniąc jednocześnie od wirtuozerii - Michał Jan Ciesielski to bez wątpienia jeden z najzdolniejszych saksofonistów na świecie i jeden z najoryginalniejszych kompozytorów ostatnich lat. Jego kreatywność nie ma granic - choć porusza się w jazzowej estetyce, śmiało sięga po stylistykę bliską gitarowej energii, metalowej mocy i elektronicznym przestrzeniom.
ńoko i Quantum Trio to jego wiodące przestrzenie zespołowej aktywności, ale czynnie współpracuje też z Alfah Femmes, Marcinem Świetlickim (Zgniłość), Tymonem Tymańskim (MU), czy Sławkiem Jaskułke, a jakby tego było mało, jest rozchwytywanym przez młodych muzyków producentem.
Michał obszernie opowiedział mi o swojej muzycznej działalności- o planach na najbliższe tygodnie - nadchodzącym nowym albumie ńoko, intensywnej trasie z Quantum Trio i pracy producenckiej. Wspominamy też album "Screens" i współpracę z Immortal Onion oraz sięgamy do genezy jego muzycznej pasji.
Między Uchem A Mózgiem: Spotykamy się w bardzo intensywnym okresie. Przed Tobą sporo koncertów i premiera nowego albumu ńoko. Jak się czujesz?
Michał Jan Ciesielski: Kwiecień to faktycznie bardzo intensywny miesiąc – nadchodzące tygodnie to dużo pracy - oprócz koncertów z Quantum Trio czekają mnie gościnne występy, kilka sesji w studiu i uroczysta premiera ńoko, do której prężnie się przygotowujemy.
MUAM: Zapowiada się intensywna wiosna! Udzielając się w tylu projektach – masz dwa czynnie działające zespoły, ale współpracujesz też z innymi muzykami nieustannie jesteś w twórczym biegu. Jak dzielisz czas między te wszystkie aktywności?
MJ: Czasami jest ciężko, szczególnie dotrzeć z miejsca na miejsce, jeśli miejsca na trasie są dość oddalone od siebie – np. podróż do Chorzowa, następnego dnia powrót do Gdańska, później odwiedziny w Warszawie i kolejnego dnia znów Gdańsk. Takie podróże są dość skomplikowane i wymagające energetycznie, gdy jeszcze dodatkowo odpowiadasz za załogę i sprzęt.
MUAM: Doskonale rozumiem i znam te dylematy, szczególnie gdy trafi się kilka koncertów dzień po dniu w różnych miastach – to potrafi dosłownie wyeksploatować energetycznie. Na początek skupmy się na tym, co za moment – wspomnianej premierze ńoko. To płyta bardziej taneczna niż poprzedniczka, bardzo energetyczna, z kilkoma niespodziankami. Opowiesz mi więcej?
MJ: Taneczna owszem, ale w nieco inny sposób, głównie ze względu na znaczący udział elektroniki, która uzupełnia się z akustycznymi brzmieniami. Będzie faktycznie bardzo energetycznie, jest w tej muzyce trochę szaleństwa - mam nadzieję, że będzie to wyczuwalne na koncertach! Zapraszam serdecznie 22 kwietnia do Drizzly Grizzly na uroczystą premierę, sporo się wydarzy!
MUAM: Jak się czujecie w zespole w porównaniu z pierwszą płytą?
MJ: Jesteśmy zdecydowanie bardziej zadowoleni z brzmienia – jest bardziej dopracowane, a zarazem jest tu sporo miejsca dla eksperymentów, np. z brzmieniem bębnów, z różnymi efektami. Pierwszą płytę nagraliśmy na setkę, improwizując w ciągu jednego dnia, tu zaś postawiliśmy na dopracowane kompozycje. Mamy już też jasno wytyczony kierunek, w którym chcemy zmierzać jako zespół.
MUAM: Drizzly Grizzly wydaje się idealnym miejscem by uchwycić tę żywą energię i zaprezentować ją w całej okazałości.
MJ: To świetny klub, z fajnym nagłośnieniem i światłem. Bardzo lubimy to miejsce – jest jednocześnie intymne, ale też wszyscy chętni spokojnie się zmieszczą. To będzie fajny koncert.
MUAM: Ważnym elementem twórczości ńoko są bardzo świadome nawiązania do japońskiej estetyki. Skąd ten pomysł? Byliście w Japonii?
MJ: Japonia jest mi bliska od czasów dzieciństwa - wychowujemy się w kulturze, która czerpie inspiracje z jednej strony ze Ameryki, z drugiej zaś z Azji. Od dawna jestem fanem anime i mangi, a dodatkowo bliski jest mi Cyberpunk. Postanowiliśmy w naszej twórczości połączyć słowiańskie wierzenia i kulturowe wpływy z Dalekiego Wschodu. W anime i mandze jest sporo odniesień do shinto, czyli tamtejszych pogańskich wierzeń, więc jeśli zastąpi się je słowiańskimi pogańskimi wierzeniami, wszystko łączy się w całość. Japończycy sami lubią takie połączenia. Często tworzą filmy, które dzieją się w różnych zakątkach świata, np. w Europie, ale zachowują japoński charakter. Czuję tę bliskość między naszymi kulturami.
Bardzo bliskie jest nam też japońskie poczucie estetyki. Pierwszy raz pojechałem do Japonii w 2007 roku, wróciłem tam półtora roku temu i na nowo zachwyciłem się tą kulturą. Dowiedziałem się, że ńoko to onomatopeja oznaczająca dźwięk pędów bambusa przebijających się przez ziemię. To taka roślina, która długo zapuszcza korzenie, ale jak się już zakorzeni, to nie chce odpuścić – nie można się jej pozbyć.
MUAM: Zdecydowanie coś w tym jest – Wasza muzyka mocno zostaje w głowie, zarówno na poziomie samych dźwięków jak i występów na żywo, które są bardzo dopracowane estetycznie. Długo pracowaliście nad pomysłem na koncerty, czy raczej spontanicznie to się wydarzyło? Jak pojawił się pomysł na kimona jako sceniczny strój?
MJ: To była naturalna ewolucja – początkowo kupiliśmy kimona z Temu, ale szybko okazało się, że rozmiar XL jest dla dzieci. Dlatego też postanowiliśmy niezwłocznie rozejrzeć się za prawdziwymi. Zakupiłem pierwsze w Japonii, później kolejne dokupił Maciek Sadowski (kontrabasista), w których występowaliśmy podczas ostatnich tras. Natomiast teraz, specjalnie na premierę zostały dla nas uszyte nowe kimona, przygotowane przez Jolę Łobacz, kostiumografkę i projektantkę z Teatru Polskiego w Poznaniu.
MUAM: Wspaniale, to macie już teraz w pełni spersonalizowany wizerunek. Wspomniałeś, że będą niespodzianki związane z nową płytą – masz na myśli udział gości ? Nie mogę się doczekać premiery!
MJ: Są na tym albumie piosenki – z udziałem Noviki oraz Macieja Świniarskiego, których bardzo cenimy. Z Noviką znamy się od dłuższego czasu, widując się regularnie na koncertowym szlaku. Naturalną koleją rzeczy stała się więc nasza współpraca. Darzymy ją wielkim szacunkiem za wkład w rozwój muzyki elektronicznej w Polsce. Cieszymy się bardzo, że podoba jej się nasza twórczość. Świetnie wyczuła klimat utworu, w którym śpiewa, nawiązując do klimatu Tricky’ego i Massive Attack. Jesteśmy bardzo zadowoleni z tej współpracy.
Maciej natomiast śpiewa w utworze „With Every Breath Comes Death”, w lekki, przystępny sposób traktującym o śmierci, oswajającym ten trudny temat, podkreślającym, że warto wykorzystywać w pełni dany nam czas. Tekst napisał Dawid Lipka (trąbka), autorem pomysłu na utwór jest Maciej Sadowski, a ja z Tomkiem (Koprem, perkusistą) go wyprodukowaliśmy.
MUAM: A jak z Twojej perspektywy różni się gra w ńoko od gry w Quantum Trio? Wiadomo, to zupełnie skład osobowy – ńoko to kwartet, a Quantum to trio międzynarodowe.
MJ: Oba zespoły są dość wymagające, ale w inny sposób. Trio jest trudnym zespołem, ponieważ odpowiedzialność za brzmienie rozkłada się na trzy osoby i każda z nich musi być cały czas aktywna. Im większy skład tym paradoksalnie łatwiej się gra – jeśli mamy sekstet to poczucie sprawczości jest mniejsze i łatwiej się odnaleźć. Jest lżej, jest na kim się oprzeć. W trio jest to dużo trudniejsze, bo uwaga się skupia na mniejszej liczbie osób.
W Quantum Trio gram praktycznie cały czas na scenie – prowadzę melodię i jednocześnie wspieram Kamila (Zawiślaka, klawisze) w graniu riffów, więc jest to zadanie dość mocno wymagające fizycznie. Po godzinnym występie jestem bardzo zmęczony. Tu wszyscy gramy praktycznie non stop, zamieniając się rolami.
W ńoko gram na dwóch instrumentach - saksofonie i syntezatorze i czasami przeskakiwanie z jednego na drugi bywa kłopotliwe. Syntezator jest dość czułym instrumentem – wymagającym przed graniem przygotowania, sprawdzenia, ustawienia, by wszystko brzmiało tak jak chcesz, a nie domyślnie i przypadkowo.
MUAM: Przyglądając się Twojej pracy na scenie można wyraźnie odczuć, że pracujesz bardzo intensywnie, Twoje partie są bardzo energetyczne. Jest tam bardzo wyraźnie zaznaczony rockowo-metalowy pierwiastek. Jak powstał pomysł na brzmienie Quantum Trio?
MJ: Poznałem chłopaków w Holandii, gdy wyjechałem na roczną wymianę. Kamila poznałem w szkolnej windzie i zaprosił mnie na ich zajęcia z zespołów. Przez pierwsze pół roku, chodziłem z nimi do jednej grupy. Przychodziliśmy na zajęcia wcześniej, wiele osób się spóźniało, co dawało nam okazję do wspólnego grania i poznania się. Pojawiła się iskra i chęć wspólnego tworzenia. Zaczęliśmy spotykać się na próbach poza zajęciami, pierwsza próba odbyła się w styczniu 2012 roku. Improwizowaliśmy, nie wiedząc, co się wydarzy. Nagrywaliśmy od samego początku nasze pomysły na dyktafon, z których kilka pojawiło się na naszym pierwszym albumie, „Gravity’. To nasza najbardziej improwizowana płyta. Szukaliśmy wspólnego języka. Na kolejnych albumach doskonaliliśmy nasz pomysł, aż doszliśmy do metalu. Jednak od samego początku było już słychać, że mamy tendencje do mocniejszego grania…
MUAM: Nowsze albumy to już bardziej zwarta, niekiedy piosenkowa forma. Czego słuchasz na co dzień? Ciężkich brzmień?
MJ: Słucham przeróżnej muzyki, od cięższej, przez elektroniczną, po klasyczną. Ostatnio słucham nieco mniej, szczególnie gdy tworzę i zajmuj się produkcją, by się nie przebodźcować. By się nie wykończyć i nie mieć poczucia przesytu, warto odpocząć w ciszy.
MUAM: Te inspiracje fajnie się przenikają w Twojej twórczości. Będąc na koncertach Quantum Trio zastanawiałam się nie raz, gdzie jest granica jazzu i czy w ogóle jakieś takie szufladkowanie ma jeszcze sens. Muzyka wykraczająca poza gatunki jest najciekawsza!
MJ. Jeśli nie jest to jazz, to co to jest? Nie jest to metal, bo nie ma gitary i nie ma instrumentów strunowych. Jest za to fortepian i saksofon – dlatego nazywamy to jazzem, ale czy nim jest, to już sprawa drugorzędna.
MUAM: Jazzcore?
MJ: Wymyśliliśmy to, gdy jechałem w trasę z zespołem Pył - z Wojtkiem Lackim, Przemkiem Głowackim i Piotrkiem Paciorkowskim rozważaliśmy, czym jest Quantum Trio - oni wpadli na pomysł, by takiego określenia użyć. Pomyśleli wtedy o Shining, którzy poruszają się w takich brzmieniowych rejonach.
MUAM: Tak, to dobre porównanie! Zarówno Wy jak i Shining gracie koncerty, podczas których nie wiadomo, co się wydarzy, o czym będzie można się przekonać już w czerwcu na Mystic Festivalu. Cieszysz się, że zagrasz na największym metalowym festiwalu w Polsce, czy to stres?
MJ: Trochę się obawiam, jak zostaniemy przyjęci, ale wydaje mi się, że metalowa publiczność to bardzo otwarci ludzie. Gramy tego dnia, co Black Label Society, na tej samej scenie, co Shining! To fantastyczna sprawa!
MUAM: Od jazzu do metalu nie jest aż tak daleko, co pokazał choćby tegoroczny Jazz Jantar, gdzie zdecydowaną większość stanowiły składy nieoczywiste, wykraczające poza jazzowy schemat w kierunku elektroniki, gitar, eksperymentów. To sprawiło, że publiczność zaczęła się otwierać na nowe doświadczenia. Zaczęli przychodzić też nowi ludzie, którzy wcześniej omijali jazz. Publiczność poszukuje czegoś nietypowego i myślę, że Mystic to świetne miejsce, by pokazać, że saksofon to nieoczywisty instrument, a ciężar niejedno ma imię.
MJ: W ubiegłym roku taki swój moment eksperymentalny na festiwalu mieli Hér i The Bug i to były jedne z najciekawszych koncertów!
MUAM: Zdecydowanie się zgadzam! Oprócz Was i Shining coś ciekawego w podobnym okołojazzowym klimacie zaproponują też Neptunian Maximalism i nasze rodzime Ciśnienie, które gra nieprawdopodobnie głośne i intensywne koncerty.
MJ: Dziewczyna na saksofonie to zawsze duża wartość dodana, tym bardziej, że saksofon to niełatwy, wymagający energii instrument, a do tego Monika gra na barytonie!
MUAM: Skąd pojawił się Twój styl gry na saksofonie? Co zainspirowało Cię do tego, by łamać schematy i zamiast klasyki pójść w melodię i riffy?
MJ: W Polsce uczyłem się u Maćka Sikały. Gdy byłem w Holandii, miałem do dyspozycji trzech nauczycieli od saksofonu - poszedłem do każdego z nich, rozeznałem się, co proponują i skonfrontowałem to z własnymi oczekiwaniami. Po koncercie jednego z nich, Bena van den Dungena, zaczęliśmy rozmawiać. Opowiedziałem mu, że chciałbym na saksofonie grać z gitarową energią i że taki mam pomysł na siebie. Przyjął wyzwanie i pomógł mi to osiągnąć. Kocham saksofon, ale uwielbiam też mocne gitarowe riffy i solówki i chciałem zawsze te dwa elementy połączyć.
MUAM: A jak sam instrument znalazł się w kręgu Twoich zainteresowań?
MJ: Mój tata mnie kiedyś zapytał, czy jeśli chciałbym iść do szkoły muzycznej, to na jaki instrument. Powiedziałem, że na saksofon. Skąd mi się to wzięło? Prawdopodobnie gdzieś kiedyś usłyszałem saksofon i stwierdziłem, że fajnie brzmi. Nie miałem wcześniej do czynienia z tym instrumentem na żywo. Gdy dostałem się do szkoły muzycznej, przyznali mi miejsce do nauki gry na klarnecie. Przez 2 miesiące wakacji myślałem, że będę grał na klarnecie, z czego nie byłem specjalnie zadowolony, ale okazało się we wrześniu, że ktoś zrezygnował i znajdzie się dla mnie miejsce i instrument do nauki. Odetchnąłem z ulgą.
MUAM: Dobrze wybrałeś. Szkoła muzyczna była pewnie dla Ciebie dużym wyzwaniem, bo niełatwo pogodzić obowiązkową edukację z tą muzyczną…
MJ: Myślę, że dla każdego jest wyzwaniem. Są dwa rodzaje szkoły muzycznej – ogólnokształcąca szkoła muzyczna, połączona z tą tradycyjną, gdzie lekcje instrumentu przenikają się z typowymi przedmiotami, co jest trochę łatwiejsze do ogarnięcia. Ta druga opcja to natomiast szkoła wieczorowa, która zakłada, że samodzielnie pogodzi się jedną i drugą szkołę oraz zajęcia dodatkowe.
Uczyłem przez chwilę w szkole muzycznej pierwszego stopnia. Największym problemem moich uczniów było to, by pogodzić te wszystkie zajęcia i zainteresowania z tym, że rano jest zwykła szkoła, a po południu muzyczna. Nie ma taryfy ulgowej gdy są przygotowania do koncertu, czy konkursu - każde dziecko traktowane jest tak samo.
MUAM: Ciężko być cały czas w szkole. Podziwiam, że dałeś radę! Czy było czasem tak, że nie chciałeś czegoś grać, a byłeś do tego zmuszany?
MJ: W szkole muzycznej drugiego stopnia kładzie się nacisk na grę klasyki. W przypadku saksofonu są to często transkrypcje muzyki napisanej na inne instrumenty – flet czy klarnet, bo saksofon powstał w XIX wieku. A zanim pojawiły się jakieś sensowne utwory „poważne”, stał się instrumentem jazzowym.
W wielu miastach w Polsce powstał już wydział jazzowy w II stopniu, u nas w Gdańsku jeszcze nie. Trzeba przebrnąć przez tę klasykę, co ma swoje plusy, ale zdecydowanym minusem jest to, że nauczyciele często tępili brzmienie inne niż to ich wyidealizowane, wymagając, by saksofon brzmiał jak flet lub klarnet. A przecież saksofon ma tyle różnych odcieni, których moim zdaniem nie należy kastrować!
MUAM: Kto jest Twoim idolem, jeśli chodzi o brzmienie? A może nie masz idola?
MJ: Przez długi czas miałem, obecnie w mniejszym stopniu. Wielu młodych saksofonistów podziwia Johna Coltrane’a za brzmienie. To autorytet, ale w historii muzyki było mnóstwo innych osób, które miało ciekawy, niestandardowy sound. Grunt to być sobą.
MUAM: Opowiesz mi trochę o produkcji muzycznej? To oprócz tworzenia muzyki jedno z kluczowych Twoich zajęć. Jak dużo czasu Ci zajmuje ta praca? Jak godzisz ją z tworzeniem?
MJ: Mam swoje studio – całkiem sporo można w nim zrealizować i dużo fajnych osób już mnie odwiedziło. Zagląda dużo młodych, pełnych energii ludzi. Patrząc w skali roku to około 30% mojej aktywności muzycznej.
MUAM: Która współpraca sprawiła Ci najwięcej radości?
MJ: Ostatnio zainspirowała mnie bardzo współpraca z Allah Bonsai. To było pierwsze ich spotkanie jako trzyosobowego składu. Niedługo po tym wystąpili w ramach Festiwalu Jazz Jantar. Współpraca z chłopakami przyniosła mi dużo frajdy.
MUAM: Świetna jest ta płyta!
MJ: To pierwsza część, bo podczas naszej sesji nagrali trzy takie albumy. Pewnie niebawem się ukażą. Zawsze cieszę się też, gdy zaglądają chłopaki z Gym Wisdom. Zapowiedzieli się jeszcze na kwiecień, chcą nagrać kilka nowych piosenek. Bardzo dobrze pracowało mi się też z kwintetem Magdy Kuraś, który był świetnie przygotowany do nagrań i z Idą Zielińską, której harmonie wokalne bardzo mnie poruszyły.
MUAM: W kontekście produkcji jest jeszcze taki aspekt nie do końca fajny – AI. Jak wpływa na Twoją pracę?
MJ: Nie używam generatywnej sztucznej inteligencji, bo jest kompletnie bez sensu, ale nie można powiedzieć, że zupełnie nie korzystam z AI w nowych rozwiązaniach jest wiele narzędzi, które usprawniają pracę. Generatywna forma AI powinna zaś zostać zakopana ze względu na niejasne wykorzystanie praw autorskich. Ostatnio natrafiłem na historię dziewczyny, która opowiadała o tym, jak nagrywała piosenki, które sztuczna inteligencja podrobiła i zgłosiła ją, tę dziewczynę jako uzurpatorkę. Na szczęście udało się to odkręcić. Pewnie takie sytuacje będą się zdarzały coraz częściej.
MUAM: A oglądając te materiały jesteś pewien, że to jest prawda? Pojawia się strasznie dużo drobnych informacji, wiedza jest rozproszona, brakuje skondensowania i jasnych komunikatów.
MJ: Nie jestem pewien, choć w sieci było o tym głośno… Ale taki scenariusz w rzeczywistości jest jak najbardziej realny…
MUAM: To prawda. Gdy już jesteśmy przy mediach społecznościowych, to muszę przyznać, że podoba mi się autentyczność Waszego przekazu w ńoko. Jest tu dużo humoru. Długo pracowaliście nad pomysłem na prowadzenie mediów społecznościowych?
MJ: Stwierdziliśmy, że nie będziemy się silić na aktorstwo, prezentowanie się. Postanowiliśmy być naturalni. Na początku strasznie nie lubiliśmy tej formy promocji, ale z biegiem czasu sprawia nam to coraz większą radość.
MUAM: Ta forma nie jest naturalna dla człowieka, bo zmusza do bycia osobą publiczną, w czym nie każdy czuje się dobrze. Zaczęłam się natomiast zastanawiać, czy dawna forma promocji była lepsza. Niekoniecznie musiało tak być… Wszystko ma swoje plusy i minusy…
MJ: Ciężko powiedzieć, na pewno dzięki mediom społecznościowym opowiadanie o muzyce jest bardziej zdemokratyzowane. Wcześniej artyści opierali się bardziej na mainstreamowych mediach, gazetach i radiu. Można dalej iść w tę formę, a jednocześnie próbować dotrzeć do innej publiczności, która jest oswojona do nowej formy.
MUAM: Masz rację. To na finał zapytam Cię o jeszcze jedną rzecz, bo dotarły do mnie wieści, że jest szansa na kontynuację tego kierunku w przyszłości. Jak wspominasz album „Screens” i współpracę z Immortal Onion?
MJ: To były fantastyczne trzy lata, Immortal Onion mają fajną energię i świetnie się dopasowaliśmy. Chłopaki twierdzą, że trochę uratowałem ich zespół, bo nie mieli wtedy pomysłów które chcieliby wydać, a ja pojawiłem się z praktycznie gotowym materiałem, który wspólnie dopracowywaliśmy. Miałem chwilę, by zrobić coś zupełnie innego, bo z powodu pandemii Quantum Trio było w separacji, rozbite przez lockdowny, a ńoko dopiero się zawiązywało – pierwsze koncerty zaczęliśmy grać dopiero w 2021 roku. „Screens” to mój solowy debiut kompozytorski i producencki.
Obecnie planów kontynuacji nie ma, bo aktywnie pochłaniają mi czas dwa wspomniane zespoły, a chłopaki mają nowy materiał w trio, ale jest szansa, że jeszcze kiedyś razem zagramy. Czas pokaże.
Uroczysta premiera drugiej płyty ńoko odbędzie się w Drizzly Grizzly 22 kwietnia. Bilety są na www.drizzlygrizzly.pl
Muzyki ńoko możecie posłuchać tu: https://nokomusic.bandcamp.com/album/ko
Quantum Trio wystąpią na Mystic Festival w piątek, 5 czerwca, o 21:45. Więcej o festiwalu, w tym pełny program z godzinową rozpiską na www.mysticfestival.pl
Muzyki Quantum Trio możecie posłuchać tu: https://quantumtrio.bandcamp.com/






