wtorek, 21 kwietnia 2026

Paleface Swiss: Bez pasji niczego nie da się zdziałać

Specjalizują się w ekstremach i hardcore'owym wykopie, ale potrafią też napisać naprawdę fajne, nietypowe ballady - Paleface Swiss idą jak burza  i zdobywają coraz większe uznanie sympatyków ciężkich brzmień, co udowodnili na ubiegłorocznym albumie "Cursed" i świetnej jego następczyni, EPce "Wilted".

 O muzycznej drodze i wyzwaniach, jakie stoją przed zespołem u progu światowej kariery i rosnącej popularności opowiedział mi wokalista grupy, Marc Zelli Zellweger.  Spotkaliśmy się tuż po świętach wielkanocnych, przed amerykańską trasą Paleface Swiss, by porozmawiać o planach na nadchodzące tygodnie, o czekających chłopaków zmianach, ale też o młodzieńczych marzeniach i konfrontacji ich z rzeczywistością. 

 

 



 

Między Uchem A Mózgiem: Jak minął Ci świąteczny weekend? Mam nadzieję, że miałeś czas na chwilę oddechu. 

Marc Zelli Zeellweger: Bardzo spontanicznie. Wróciłem do domu w piątek późno w nocy, a właściwie nad ranem, po pierwszej. Przez cały tydzień byłem u przyjaciela - tworzyliśmy razeem nową muzykę. Po tej nocnej podróży wyszedłem rano na spacer i zadzoniła do mnie mama z propozycją spontanicznego wyjazdu w góry na krótkie wakacje. Okazało się, że dostali z partnerem większą przestrzeń z dodatkowym pokojem, bo ktoś zrezygnował w ostatniej chwili i zwolniło się miejsce. Z radością przystałem na ten pomysł i ruszyłem niezwłocznie w drogę. Spędziliśmy razem kilka bardzo przyjemnych dni jeżdżąc na nartach - bez tłumu, przy pięknej pogodzie i dobrym jedzeniu. Zdecydowanie było warto! Trochę się wahałem, czy mogę sobie pozwolić na taką aktywność przed trasą, z obawy na potencjalne kontuzje, ale zaryzykowałem i na szczęście nic złego się nie wydarzyło. Gdybym cokolwiek sobie złamał, byłaby niezła afera! 

 

MUAM: Lekkie ryzyko i przygoda przynoszą świeżą perspektywę. Cieszę się, że spędziłeś miło czas i naładowałeś się pozytywnie. Zbliża się Wasza amerykańska trasa, po niej europejska, festiwalowa. Dużo zobowiązań przed Wami! 

Zelli: Tak, wylatujmy w niedzielę, nie mogę się doczekać! 

 

MUAM: Oglądałam na YouTube reportaż z Waszej europejskiej trasy - wygląda na to, że świetnie się bawiliście :)

Zelli: Tak, to był świetny czas i bardzo dobra trasa dla nas wszystkich. Dla mnie osobiście było to jednocześnie spore wyzwanie, bo zawsze sam sobie narzucam olbrzymią presję. To była nasza dotąd największa trasa i chciałem wypaść jak najlepiej. Śpiewam teraz czystym głosem zdecydowanie częściej niż kiedyś, więc był to dla mnie bardzo wymagający czas pod względem wykonawczym. Dlatego też mimo że dobrze się bawiłem, nie czerpałem z tej podróży aż tyle radości - byłem bardzo mocno skoncentrowany na swoim zadaniu, żeby wszystko zabrzmiało jak należy. Z biznesowego punktu widzenia wszystko się udało, ale osobiście trochę powinienem odpuścić i cieszyć się chwilą. Muszę nad tym popracować...

 

MUAM: Rozumiem, co masz na myśli, bo sama jestem perfekcjonistką. Gdy czymś się zajmuję, staram się zrobić to możliwie najlepiej i niekiedy radość z samego procesu nieco na tym traci... 

Zelli: To jednocześnie błogosławieństwo i przekleństwo - zdecydowanie trzeba znaleźć równowagę i jakąś ugodę z sobą samym... 

 

MUAM: Czy to właśnie na tej trasie finalizowaliście nową EPkę "Wilted"? 

Zelli: Zaczęliśmy pisać materiał na EPkę na poprzedniej trasie, około rok temu - niemal rok temu powstały "Let Me Sleep" i "Instrument Of War", gdy byliśmy w Stanach Zjednoczonych. Dwie pozostałe piosenki kończyliśmy na trasie europejskiej. Testowaliśmy je wcześniej na festiwalowej publiczności i pod koniec festiwalowego sezonu nagraliśmy finalne wersje. Cały proces pracy nad EPką miał miejsce podczas trasy, nawet do studia weszliśmy dosłowni tuż po powrocie z ostatniego koncertu. To ciekawe, ekscytujące, ale też bardzo wyczerpujące doświadczenie - chyba drugi raz się już czegoś takiego nie podejmiemy. Pisanie, komponowanie, zbieranie pomysłów w trasie jest jak najbardziej okej, ale bez sztywnych terminów. Trasa jest od tego, by czerpać radość z występów, a nie stresować się planami i terminami. 

 

MUAM: W pełni się zgadzam! Czy "Let Me Sleep" zainspirował przynajmniej częściowo wspomniany stres i  wyczerpanie brakiem snu w busie?

Zelli: Ja osobiście nie miałem większych problemów ze snem, ale Yannick, nasz gitarzysta ma tu na pewno więcej do powiedzenia. On faktycznie zmagał się z bezsennością. Ucieszył się, że może się wyżyć i pozbyć tych emocji poprzez agresywną piosenkę, uwolnić ten stres w ten sposób.  Z mojej perspektywy ten utwór bardziej traktuje zaś o samotnym czasie spędzanym w domu w towarzystwie własnych, niekoniecznie wesołych myśli. 


MUAM: Jest na "Wilted" dużo melodii, chyba więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Co Was zainspirowało do pójścia w tym muzycznym kierunku?

Zelli: Zawsze lubiłem emocjonalną muzykę, znacznie bardziej niż tę bez większej głębi. Nieważne jakich emocji dotyczyła (czy to była wściekłość, czy miłość, czy cokolwiek innego) - jeśli coś we mnie poruszała, sięgałem po nią.  "Everything Is Fine" powstał, gdy przechodziłem w życiu bardzo dziwny, ciężki, mroczny okres. Nie doświadczyłem takich emocji nigdy wcześniej. Nie chciałem jednak, by była agresywna - potrzebowałem czegoś subtelniejszego, bardziej delikatnego i stąd ten kierunek. Zainspirowało go samo życie. Nie planowaliśmy czegoś takiego - po prostu naturalnym dla nas było nagranie tej piosenki właśnie w taki sposób. 


MUAM: Rozumiem jak najbardziej - w muzyce chodzi przede wszystkim o emocje. 

Zelli: Gatunki nie mają dla mnie znaczenia - obojętnie czy jest to black, death metal czy cokolwiek innego, jeśli będzie odpowiedni w danej chwili, by wyrazić to, czym chcę się podzielić, po prostu sięgnę po takie brzmienia. 



MUAM: Twórczości Paleface Swiss przypisano łatkę deathcore. Zakładam, że określenie Waszej muzyki aż tak proste nie jest. Nie ma też takiej potrzeby, by ją szufladkować..

Zelli: Tak naprawdę nigdy nie graliśmy deathcore'u. Nie słucham w ogóle takiej muzyki! Nie planowaliśmy nawet próbować grać w ten sposób, ale skoro ktoś tak nas określił, to wszystko jedno. Nie ma to większego znaczenia. Będziemy zawsze sięgać po agresywne brzmieenia, bo dobrze się w tej przestrzeni czujemy - daje nam sporo radości. Teraz są przed nami jednak nowe wyzwania, znacznie trudniejsze - chcemy ekplorować inne gatunkowe przestrzenie, bliskie rockowym i popowym brzmieniom. Tworzenie lżejszych kompozycji wymaga od nas skupienia na innych aspektach niż dotychczas, to naprawdę trudne! Jeśli natomiast będziemy zmęczeni tą emocjonalnością, z pewnością nie raz wrócimy do tej mocniejszej muzyki, by zachować równowagę. Do pełni szczęścia potrzebujemy tych dwóch biegunów !

 

MUAM:  Rozumiem. Mocniejsze utwory świetnie sprawdzają się na koncertach, wypadają świetnie na scenie! 

Zelli: Tak, granie tej muzyki to naprawdę świetna zabawa! Mocniejsze brzmienia to ogrom radości, bo wiesz, jeśli nawet masz gorszy dzień, możesz po prostu wyrzucić z siebie to wszystko, co cię męczy. To też dla mnie znacznie bardziej komfortowa sytuacja wykonawczo - jeśli danego dnia mój głos nie do końca brzmi tak, jak bym chciał, nie muszę aż tak się tym martwić, gdy moją rolą jest krzyk. Jeśli mam śpiewać czysto, wariuję wtedy ze stresu! Krzycząc przejmuję się znacznie mniej, jestem znacznie mniej spięty. Dlatego uwielbiam grać te mocne kawałki na scenie. 


MUAM: Mocna muzyka dobrze współgra z efektami specjalnymi, np. z ogniem...

Zelli: Szczerze? Ognia nigdy dość! Uwielbiam te emocje - chcę być możliwie najbliżej tych płomieni, czuć ich ciepło. Dają mi mnóstwo energii i podnoszą adrenalinę. Wiem, że to też fajnie wygląda z perspektywy publiczności, ale gdyby nawet kiedyś przyszli na koncert sami niewidomi i tak chciałbym mieć na scenie ogień, bo dla mnie samego to świetna atrakcja (śmiech) ! 



MUAM: Ogień to faktycznie widowiskowa sprawa dla publiczności, ale mam też nieco inną perspektywę - z punktu widzenia fotografa koncertowego, czym też się zajmuję, bywa ta atrakcja nieco nieprzewidywalna i stresująca. Przebywanie w fosie, gdy ogień pojawia się w niespodziewanych momentach bywa ryzykowne :)

Zelli: Szczególnie, gdy nie masz pojęcia, kiedy co wybuchnie, to faktycznie może być dziwne doświadczenie, ale mam nadzieję, że też jest w pewien sposób ekscytujące. Na festiwalach z tym ogniem różnie bywa, bo wiele zależy od konstrukcji sceny i warunków. Montaż wszystkich tych elementów wymaga czasu i zaangażowania. Czasem też nie ma sensu, gdy wiesz, że po Tobie zagra większy zespół z masywną produkcją, która i tak przyćmi kilkukrotnie to, co chciałeś pokazać. Patrzę jednak w przyszłość i mam nadzieję, że dotrzemy kiedyś do takiego punktu kariery, w którym to będziemy na górze lineupu, będziemy w stanie zapewnić taką pełną produkcję i scena będzie dostosowana pod nasze oczekiwania i pomysły. Uwielbiam festiwale, bardzo interesują mnie też od strony produkcyjnej. 


MUAM: Trzymam mocno kciuki. Jak się czujesz grając na festiwalowej scenie w środku dnia? Ze słońcem w twarz to pewnie duże wyzwanie...

Zelli: Wiesz co, lubię to, serio! Po pierwsze dlatego, że o wcześniejszej porze ludzie są jeszcze aktywni i podekscytowani festiwalem, nie są jeszcze zmordowani kilkugodzinnym szaleństwem i nie leżą pijani. Mają energię, by cieszyć się koncertem. Po drugie, ja sam czuję się o takiej porze dobrze, bo sam mam jeszcze siły, by działać i nie jestem wymęczony. Gdy mam już koncert za sobą, mogę później cieszyć się festiwalem, zobaczyć inne zespoły, wypić to piwo i po prostu odpocząć. Jeśli gramy później, cały czas jest to przedkoncertowe napięcie i świadomość zadania do wykonania. Oczywiście tez jest wtedy jakaś przerwa, kiedy można posłuchać kogoś innego, ale nie ma wtedy tej swobody. Najfajniej się gra między 18 a 21, gdy słońce powoli zachodzi, powoli się ochładza. Wtedy mam najwięcej energii. 



MUAM: Pamiętam Wasz występ na Mystic Festivalu. Był pierwszym, który widziałam tamtego dnia. Energii z pewnością nie brakowało! 

Zelli: Jak tylko weszliśmy na scenę, zaczęło lać! Najpierw miałem poczucie, że to jakiś żart, bo jeszcze pojawiły się sprawy techniczne, ale później było sporo zabawy. To był nasz pierwszy letni festiwal tamtego sezonu, świetna rozgrzewka. Wyczerpaliśmy wtedy chyba cały limit pecha jednego dnia, więc później było jeszcze lepiej. 

 

MUAM: Mam nadzieję, że i pogoda i techniczne sprawy dopiszą w Warszawie w czerwcu. Zagracie na pierwszej edycji Summer Punch Festivalu. Planujesz zobaczyć koncerty innych artystów przy okazji?

Zelli: Summer Punch ma genialny lineup! To taki festiwal, na który sam bym poszedł! To będzie nasza trzecia wizyta w Polsce  - oprócz Mystic Festivalu graliśmy też u Was z Counterparts. W dniu, w którym gramy będą też Bad Omens, których uwielbiam! Graliśmy z nimi ubiegłego lata kilka razy i było niesamowicie. Landmvrks to nasi serdeczni przyjaciele, z którymi chętnie się spotkam. Z przyjemnością zobaczę też House Of Protection i P.O.D., których słucham od wielu lat, ale nie miałem jeszcze okazji posłuchać na żywo! 

Jest taki utwór P.O.D., "Southtown", którego słuchałem wielokrotnie w wieku nastoletnim. Odkryłem P.O.D dzięki wrestlingowi, głównie dzięki Reyowi Mysterio, którego podziwiam do dziś. 




MUAM: Ja również nie mogę się doczekać i chętnie zobaczę Was i wymienione przez Ciebie kapele. A jeśli już jesteśmy przy scenie metalowej, to jak postrzegasz tę dla Ciebie rodzimą, szwajcarską? Miała wpływ na Twój muzyczny rozwój?

Zelli: Ostatnimi czasy nieczęsto chodzę na koncerty u siebie, bo też rzadko bywam w domu, ale gdy byłem młodszy, grało naprawdę wiele świetnych młodych zespołów. Szczególnie na hardcore'owej scenie, ale większość z nich nie dała rady wydostać się poza Szwajcarię ze swoją muzyką. Mieliśmy nawet pomysł, by zapraszać na wspólną trasę szwajcarskie zespoły, ale dla wielu z nich jest to kłopotliwe, by zrezygnować z pracy na kilka tygodni, a życie w Szwajcarii jest bardzo drogie. 

Zauważyłem też, że zmienia się tutejsza publiczność Gdy graliśmy w Szwajcarii kilka lat temu, ludzie reagowali bardzo oszczędnie, byli zdystansowani. Mniej więcej 2 lata temu wszystko się zmieniło - jest więcej energii, publiczność szaleje. Widzę wiele nowych twarzy i często zastanawiam się, skąd są. Coś ewidentnie zmienia się na lepsze. 


MUAM: Czy w wieku nastoletnim marzyłeś o muzycznej karierze? 

Zelli: Tak, od zawsze. W przeciwnym razie w ogóle bym nie próbował iść w tym kierunku i na pewno nic by się nie udało, tym bardziej w przypadku tak skomplikowanej muzyki, jaką gramy. Wiesz, że takie ekstremalne granie nie przyciąga ani gigantycznej publiczności, ani wielkiej sławy czy pieniędzy. Gdybym nie zapragnął być muzykiem, nic by z tego nie było. Bez pasji niczego nie da się zdziałać. 

Początkowo nie chciałem być wokalistą metalowego zespołu, marzyłem o tym, by być DJem i tworzyć dubstep. Uwielbiam Scrillexa i to jego twórczość sprawiła, że zacząłem myśleć o tworzeniu muzyki. Poważnie, nie ściemniam! Kupiłem nawet sprzęt i komputer, ale technologia mnie pokonała, nie jestem w tym dobry. Mój tata słucha muzyki rockowej i od zawsze przynosił mi w prezencie płyty. Gdy zacząłem odkrywać ich zawartość, poczułem, że to już zdecydowanie bardziej mój klimat. Nie wiedząc jak poradzić sobie z komputerami stwierdziłem, że czemu nie spróbować śpiewu i krzyków - na szczęście już w tym zakresie się udało i całkiem nieźle sobie radzę! 


MUAM: A czy jak już poznałeś nieco branżę muzyczną od kuchni, to coś Cię zaskoczyło? Czy może raczej było zgodnie z przewidywaniami i wiedziałeś mniej więcej, co Cię czeka i czego się spodziewać?

Zelli: Mniej więcej byłem przygotowany na to, z czym wiąże się ta droga, ale z drugiej strony aż tak bardzo się nie przejmowałem tym, co będzie. Lubię pracować po prostu dla siebie, w domowym zaciszu, w ciszy. To daje mi radość. Nie przejmuję się opiniami innych. Zawsze podchodziłem do tego w ten sposób, że aby coś miało sens, musi być zrobione tak, jak ja to czuję, nie przejmując się jakimiś sztywnymi zasadami panującymi w branży. Inaczej totalnie nie warto w to wchodzić. Dlatego też nie było aż tylu zaskoczeń. Cieszę się, że póki co realizujemy się w tym, co robimy i że nasze pomysły działają! 

 

MUAM:  Czyli nie miałeś tak, że oglądałeś np. gwiazdy w MTV i chciałeś być ja te wielkie zespoły, osiągnąć taki sukces, bo wydawało Ci się, że ich życie to pasmo spełnionych marzeń? Okej... 

Zelli: Nie sądzę, by żyli tak, jak sobie wymarzyli, bo wszystkie zespoły, które dotarły do poziomu muzycznej telewizji są nieco porąbane. Z pewnością muzycy, których słuchałem jako dzieciak, są teraz szczęśliwi, ale nie dotarliby do tego miejsca, na te wielkie sceny, gdyby nie ich szalone pomysły i porąbane umysły! Na pewno jest wiele pozytywnych aspektów takiej kariery, których się trzymają i które ich motywują, co jest piękne, ale wiesz, nigdy żadnego z tych zespołów aż tak nie podziwiałem. Nie chciałem być jak oni dlatego, że tego, czego dokonali nie da się zrobić lepiej. Co więcej nie da się zreplikować tego, co zrobił np. Slipknot - można próbować zbliżyć się do tego, co wymyślili, ale nie da się być takim jak oni. 


MUAM: Zaczęliście jako Paleface Swiss w 2017 roku? Niedługo będzie 10 lat...

Zelli: To długa historia! Właściwie wszystko zaczęło się w 2018 - wtedy zaczęliśmy komponować. W listopadzie 2017 roku myśleliśmy z CJem (naszym pierwszym perkusistą) o tym, że chcielibyśmy mieć zespół, szukaliśmy nazwy. Na początku 2018 roku nagraliśmy pierwsze demo, zagraliśmy pierwszy koncert. Machina ruszyła. 


MUAM: Ruszyła pełną parą, ale w ostatnich tygodniach napotkała na sporą przeszkodę. Rozstaliście się z perkusistą. Co dalej?

Zelli: To nasza "przeklęta" pozycja w zespole.  Nasz wspomniany pierwszy perkusista CJ jest nadal moim bliskim przyjacielem. Musiał opuścić zespół na przełomie 2020 i 2021 roku, wyprowadził się do Londynu na studia, a że podjął się bardzo wymagającego kierunku, nauka pochłonęła mu większość czasu. To był czas pandemii, więc zespół był w zawieszeniu, dlatego logicznym wyborem stała się ta inna ścieżka. 

Dołączył do nas Cassi, ale od samego początku miał być tylko na chwilę, aż znajdziemy nowe rozwiązanie i kogoś na stałe. Nigdy nie chciał być muzykiem na pełen etat, ale tak świetnie nam się grało, że został z nami kilka lat. Wspólne trasy dały nam wiele radości. Zawsze chodziło mu o to, żeby po prostu dobrze się bawić i gdy sprawy zespołowe nabrały tempa i wszystko ruszyło na serio, zaczęło być to dla niego duże obciążenie.

 Obecnie jesteśmy w takim zespołowym momencie, że nie możemy pozwolić sobie na odpuszczenie. Musimy biec przed siebie na pełnych obrotach i tego Cassi nie dał rady udźwignąć, dlatego też odpuścił, zanim było za późno. I tak to, co miało trwać maksymalnie rok rozrosło się do kilku wspólnych lat. To był świetny czas i mamy wiele pięknych wspólnych wspomnień. Pozostajemy przyjaciółmi i mam wrażenie, że więź między nami jest teraz silniejsza, bo nie łączą nas już sprawy biznesowe. 

 

MUAM: Jest już następca Cassi'ego? Czy będziecie teraz grać jako trio?

Zelli: Jeszcze nie wiemy. Są pewne pomysły, ale jeszcze nic nie mogę powiedzieć na pewno. Być może, gdy wywiad będzie się ukazywał, odpowiedź będzie już znana. Ruszamy w trasę za kilka dni, więc jakieś rozwiązanie tak czy inaczej musi się znaleźć...

 

MUAM: Okej, trzymam kciuki i życzę Wam wspaniałej trasy. Bardzo Ci dziękuję za rozmowę i wspólny czas! Do zobaczenia w Warszawie! 

Zelli: Dzięki, bardzo miło było Cię poznać. Do zobaczenia!  



Nowym perkusistą Paleface Swiss na amerykańskiej trasie jest Luigi Praventi, 21-letni niezależny perkusista. Czy zostanie z chłopakami na stałe, dowiemy się niebawem!  - przy. red. By się tego dowiedzieć, zaglądajcie na profile społecznościowe zespołu! 


Summer Punch Festival odbędzie się w dniach 18 - 19 czerwca 2026 na terenach Letniej Sceny Progresji w Warszawie. 

Paleface Swiss wystąpią pierwszego dnia, 18 czerwca. Więcej informacji i bilety na www.summerpunchfestival.pl