piątek, 26 czerwca 2026

Geometra Wszechświata i życie pozaziemskie kontra kruche ludzkie serce, czyli o dziesiątym albumie Muse

 Przez ponad trzy dekady kariery zbudowali własną markę, własny styl i reputację jednego z najlepszych koncertowych zespołów na świecie. O Muse słyszał już chyba każdy fan muzyki gitarowej choćby w kontekście zapierających dech występów z niesamowitą, pełną rozmachu produkcją i przebojami, które zostają w głowie na zawsze. 

Po licznych sukcesach na swojej dziesiątej płycie trio z Teignmouth wznosi się na wyżyny swoich twórczych możliwości - Matthew Bellamy, Christopher Wolstenholme i Dominic Howard udowadniają że są bezapelacyjnie jednym z najwybitniejszych zespołów w historii muzyki rozrywkowej, serwując fanom paletę emocji i muzycznych barw, okazję do wspomnień i kilka nowych, absolutnie odjechanych pomysłów. 

 


 

Nie z tego świata  

Muzyka Muse jest jak zorza polarna - nie do końca wiadomo jak powstaje, skąd przybywa i czy kiedy dotrze do planety, którą zamieszkujemy. Gdy już jednak trafi do naszej atmosfery rozbłyska mnogością barw i zapiera dech podniebnym spektaklem. Jasne, to efekt wyładowań słonecznych, ale szczegóły tego procesu wciąż pozostają niezbadane... 

Twórczość brytyjskiego tria od lat ma niewątpliwie w sobie aspekt pozaziemski. Jest absolutnie unikalna, szalona i niezapomniana. Podobne emocje towarzyszą słuchaniu "The Wow! Signal" - to album, który zachwyca i urzeka kontrastami - przynosi nieograniczone pokłady nieskrępowanej euforii, ale też potrafi wzruszyć do łez. 

Muse byli od początku swojej  kariery związani z tematyką kosmiczną. Bellamy oprócz żywego zainteresowania muzyką od dzieciństwa spoglądał zafascynowany w niebo, interesował się życiem pozaziemskim, szukając z nim kontaktu, choćby poprzez udział w rytuałach okultystycznych, które w domu prowadziła jego mama (po szczegóły sprawdźcie książkową biografię Muse!). Oglądał też filmy o kosmosie i o kosmitach, a tym ukochanym, który ukształtował jego nastoletnie lata stał się "Kontakt" w reżyserii Roberta Zemeckisa, do którego nawiązuje w pierwszym singlu "Be With You", traktującym o poszukiwaniu wyższej mocy, która kształtuje życie, poszukiwaniu kontaktu z tym, co nieznane, nieuchwytne, niezrozumiałe, mające wpływ na nas. Z kosmitami? Być może, ale nie tylko. Z inną formą inteligencji? Z bogiem? Interpretacji jest wiele, ale ich punktem stycznym jest z pewnością przekonanie, że nie jesteśmy we Wszechświecie sami i gdy czujemy się samotni, zawsze możemy szukać nadziei właśnie tam. 


Kontakt z życiem pozaziemskim

Sam tytuł albumu "The Wow! Signal" odnosi się do sygnału radiowego otrzymanego 15 sierpnia 1977 roku i odebranego w Ohio przez dr Jerry’ego R. Ehmana, pochodzącego spoza Układu Słonecznego i trwającego dokładnie 72 sekundy. Co ciekawe "Be With You" składa się z trzech części dokładnie takiej długości. Są tu też odniesienia do teorii stanów kwantowych a także cytat z poezji Dylana Thomasa i przepięknego wiersza "Do Not Go Gentle Into That Night". Co równie ważne, ten utwór został dosłownie wysłany w kosmos! 


Ten prawdziwy, otrzymany 15 sierpnia 1977 roku sygnał Wow! także jest na tej płycie -  rozbrzmiewa w całej okazałości w finałowej kompozycji "Space Debris", delikatnej miniaturze, kompozycji, która wycisza po emocjonalnej burzy. Ta piękna, a zarazem niezwykle smutna piosenka traktuje o dryfowaniu w kosmicznej czasoprzestrzeni i odpływaniu w nicość, a zarazem potęguje wrażenie nieznaczności życia ludzkiego w obliczu potęgi Wszechświata. O "spojrzeniu całościowym" (Overview Effect) mówił też niedawno całkiem obszernie na swojej płycie studyjnej Steven Wilson (więcej tu). Bellamy podkreśla tu, że kosmos jest nie zawsze przyjazny, lecz niezmiennie fascynujący. 

Niepokojem i poczuciem tajemnicy napawa już tak naprawdę sam początek albumu - fenomenalny, oparty na współpracy z Metropolitalną Orkiestrą Londyńską utwór "The Dark Forest", w którym Muse próbują odważnie nawiązać kontakt z tym, co nieznane. Kompozycja jest zarazem sympatycznym spojrzeniem w przeszłość, wypełnionym cytatami z "Knights Of Cydonia", utworem który zainspirowany został nagraniem "Telstar" grupy The Tornados, najwspanialszą kompozycją ojca Matta, George'a Bellamy'ego. Odniesień rodzinnych jest tu więcej, bo już sam rok 1977, w którym dotarł na Ziemię sygnał Wow! jest dla Muse niezwykle istotny - w tym roku w grudniu urodził się perkusista Muse, Dominic Howard, a kilka miesięcy później Bellamy (9 czerwca 1978 roku). 

 

O geometrii Wszechświata

Na "The Wow! Signal" Muse wracają do swojej przeszłości także w dwóch innych chyba najciekawszych kompozycjach na płycie. "Cryogen" i "Hexagons" to ukłon w stronę albumu "Origin Of Symmetry". W pierwszej z kompozycji, opatrzonej chwytliwym riffem słyszymy nawiązania do "Plug In Baby", w drugiej zaś ciąg skojarzeniowy nieuchronnie prowadzi ku kompozycji "Space Dementia" ze względu na progresywny charakter utworu i kosmiczny rozmach. No i oczywiście jak przystało na Muse bezpośrednie nawiązania do kosmicznej terminologii. 

Powrót do ulubionej płyty wieloletnich fanów niezwykle cieszy także z osobistego punktu widzenia - po latach z radością mogę przyznać, że to głównie dzięki Bellamy'emu zaczęłam baczniej przyglądać się niebu, obserwować słońce i księżyc. By zrozumieć "Origin Of Symmetry" sięgnęłam po "Hiperprzestrzeń" Michio Kaku, a zainspirowana albumem "Black Holes And Revelations" zaczęłam czytać wykłady Stephena Hawkinga o czarnych dziurach.  Te pojawiają się w wizualizacjach, np. w tej do "Hush", gdzie statek kosmiczny wsysany jest przez jedną z nich. 

 


 

Geometrycznych i matematycznych odniesień na "The Wow! Signal" nie brakuje -  W tekście "Cryogen" pojawia się Europa, księżyc Jowisza i jej fascynująca lodowa pokrywa. Pojawia się też metafora krioprezerwacji przy pomocy ciekłego azotu i zakonserwowania w ten sposób różnych form życia. W "Hexagons" mamy zaś absolutną fascynację sześciokątnymi formami, które spotkać można nie tylko na Ziemi w postaci struktur budujących plastry miodu, ale też np. zjawiska heksagonalnej burzy na Saturnie. Sama kompozycja składa się z sześciennych sygnatur czasowych - grana jest w tempie 6/8 i 6/4. W innych albumowych kompozycjach wspominane są konstelacje gwiazd, w które spoglądamy przyglądając się nocnemu niebu. 

Mówiąc o kosmosie nie sposób nie zauważyć, że trio z nową płytą wraca w 2026 roku - roku przełomowym dla odkryć astronomicznych. Roku rekordowo dalekiej podróży człowieka we Wszechświecie. Roku zakończonej sukcesem misji Artemis II, która dostarczyła nowych niezwykłych danych na temat księżyca, roku, w którym całkowite zaćmienie słońca będzie widoczne w Europie już 12 sierpnia. Poza tym kosmicznym, pozaziemskim ten album ma jednak też drugi aspekt - czysto ludzki. 

 


Historia o złamanym sercu 

Każdy album zespołu, który tworzy szczerze i z potrzeby serca jest dla jego członków osobisty. W tym konkretnym kontekście każdy album Muse jest dla tria niezwykle ważny i jest zapisem istotnego etapu ich kariery, nawet jeśli nie opowiada bezpośrednio historii i przeżyć poszczególnych osób i bardziej niż do osobistych przemyśleń odnosi się do uniwersalnych spraw i wydarzeń na świecie. Po dziewięciu albumach na dziesiątym nastąpiła jednak pewnego rodzaju zmiana, przełom, co czyni tę płytę najbardziej szczerą i bezpośrednią w zespołowym dorobku. 

"The Wow! Signal" można rozpatrywać jako bardzo osobisty, bo jedną z kluczowych inspiracji było to, co wydarzyło się w prywatnym życiu wokalisty. Jak opowiadał w jednym z niedawnych wywiadów perkusista Muse, Dom Howard zapytany o teksty podkreślił, że Bellamy zawsze jak ognia starał się unikać mówienia o sobie, jednak tym razem otworzył się zdecydowanie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Oczywiście pojawiały się w poprzednich latach utwory takie jak np. "Dead Inside", "Madness" czy "Map Of The Problematique", w których opowiadał o tym, jak się czuje, ale teraz Matt w kilku momentach na płycie zwierza się bardzo wprost z tego, co przeżył. Potwierdził to sam autor słów w kilku kolejnych wywiadach wskazując wyraźnie, że w trakcie tworzenia tej płyty jego związek osiągnął swój kres. 

Jego złamane serce rozbrzmiewa potężnym ładunkiem emocji w "Shimmering Scars", przy którym przy absolutnie każdym osłuchu nie sposób nie uronić łzy, podobnie jak przy finałowym "Space Debris", w którym ostatecznie godzi się z końcem uczucia, które stabilizowało i cementowało jego życie przez ostatnią dekadę. Jestem bardzo ciekawa jak te kompozycje odnajdą się w koncertowych realiach. Bardzo prawdopodobne, że wraz z artystą wyśpiewującym swoje serce na dłoni łamiącym się głosem płakać będą tłumy osiągając zbiorowe emocjonalne oczyszczenie. 

 


 Emocjonalna karuzela 

Tak, jednym z motywów przewodnich tego albumu jest miłość i cała plejada emocji z nią związanych. To właśnie ona definiuje nasze życie, napędza je, sprawia, że podejmuje się ryzyko, że można przenosić góry, ale też niekiedy staje się przyczyną nieprawdopodobnego bólu, cierpienia. Miłość to nieodgadniona sprawa. Nie rozumiemy jak działa, nie wiemy co nami kieruje, gdy jej doświadczamy. Jest jakby nie z tego świata. I oczywiście ma wiele postaci. Dotyczy konkretnych, bliskich osób, ale też wyraża się poprzez pasję. 

Bellamy pisząc ten album został wytrącony z życiowego komfortu, co paradoksalnie stało się dla niego furtką do większego twórczego ryzyka, do pewnego rodzaju artystycznego szaleństwa. "The Wow! Signal" to emocjonalna karuzela - dziesięć utworów kipi od energii, stając się kopalnią emocji i przestrzenią dla absolutnej szczerości twórczej i realizacji różnych, niekiedy totalnie odjechanych pomysłów. Jest orkiestra w "The Dark Forest" i filmowy potencjał, przywodzący na myśl erę albumu "The Resistance" oraz kompozycji "Knights of Cydonia", są wspomniane wyżej wątki kosmiczne i matematyka, która definiuje funkcjonowanie Wszechświata, jest bezkompromisowa przebojowość, której nie sposób się oprzeć, jest muzyka taneczna, którą grają nie maszyny, lecz zespół z krwi i kości, co jest pewnego rodzaju wyzwaniem rzuconym sztucznej inteligencji, którą Matthew określa kosmiczną inteligencją, używając angielskiego określenia "alien intelligence" zamiast "artificial" (sztuczny).  To bardzo ludzka płyta, bazująca wyłącznie na sile talentu człowieka i emocjach, których doświadczamy i które popychają nas ku przekraczaniu granic na wielu wymiarach. 

 


Prince, Justice i tańce do białego rana  

Taniec to jeden z najpiękniejszych przejawów wolności i na tej płycie odgrywa bardzo ważną rolę. Album pulsuje uzależniającą energią i jest tu co najmniej kilka fragmentów, które nuci się momentalnie i które bujają bardzo silnie. Do tego stopnia, że można tańczyć w nieskończoność. 

Choćby singlowy "Nightshift Superstar", który obezwładnia taneczną energią. W tym utworze nie ma gitary. Bellamy oddaje pole do instrumentalnego popisu przyjaciołom z zespołu, pozwalając im lśnić w pełnej krasie. Partia basu Chrisa Wolstenholme'a i perkusyjny puls Doma Howarda prowadzą ten utwór mistrzowsko, pozwalając liderowi błyszczeć wokalnie. Bellamy jak przyznaje w wywiadzie dla holenderskiego 3Voor12 tańczyć uwielbia, choć nie cierpi oglądać siebie w takiej roli na różnorakich nagraniach. Zawsze lubił elektronikę spod znaku Daft Punk i Justice i zawsze chciał przełożyć energię muzyki tanecznej na realia zespołowe i zagrać ją na żywych instrumentach tak, by uderzała równie silnie. Próby były już np. w "Panic Station", teraz udało się z nawiązką. 

Do tańca wyrywa też jeden z absolutnie najdoskonalszych pop-rockowych utworów w historii Muse, przewrotny, hipnotyzujący "The Sickness of You & I", w którym zespół składa hołd twórczości Prince'a. Surowość gitary Bellamy'ego i pulsujący rytm napędzają tę bardzo melodyjną piosenkę. "Supermassive Black Hole" ma teraz bardzo mocną konkurencję! 

 


Zaskakujący duet i nowe brzmienie

Melodii nie brak też w "Hush", chyba najbardziej zaskakującym fragmencie tego albumu, pierwszym w historii Muse napisanym we współpracy kilku osób. Oprócz tria i ich bliskiego przyjaciela, Dana Lancastera, który współpracuje z zespołem od kilku lat jako koncertowy klawiszowiec i producent, w kształcie utworu miał też udział np.  Theo Hutchcraft z Hurts, To bardzo odświeżyło formułę komponowania. To także pierwszy w historii Muse duet wokalny z wieloletnią fanką zespołu i świetną wokalistką popową, Ellie Goulding, która akurat pewnego dnia po sąsiedzku pracowała nad swoimi piosenkami. W przerwie po prostu wpadła do studia Matta w Los Angeles na półtorej godziny i zaśpiewała z nim w duecie. Jej nietypowy głos świetnie odnalazł się nie tylko w harmoniach z jego równie nietypowym głosem, ale też świetnie wpasował się w rockowy charakter piosenki. Przełomowy moment? Jak najbardziej! 

Przełomów na tym albumie jest jeszcze więcej - wydany rok temu "Unravelling" to pierwszy utwór Muse nagrany na ośmiostrunowej gitarze, dzięki czemu jego brzmienie jest mroczniejsze i mocniejsze. Dotychczas Matt korzystał z siedmiostrunówki np. w "Citizen Erased" i z dwunastrostrunowej, dwugryfowej gitary w "Resistance". Czyj to pomysł? Wspomnianego Dana Lancastera, który pracując od lat z metalowymi zespołami i pomagając im w produkcji płyt zainspirował Muse do poszukiwań świeżości także w tym obszarze.  



 Dlaczego ten album jest tak dobry?

Muse odzyskali iskrę wyjątkowości i twórczą moc, której trzeba przyznać chwilami nieco brakowało po przełomowym "Black Holes And Revelations", który świętuje w tym roku swoje dwudzieste urodziny. Wrócili do stylu, który ich ukształtował, zdefiniował ich karierę i sprawił, że pokochali ich fani na całym świecie.  

To jeden z bezapelacyjnie najlepiej, najpełniej i najciekawiej brzmiących albumów Muse w historii, to płyta, gdzie znajdują się najlepiej technicznie zagrane partie przez każdego z członków zespołu, najfajniejsze odniesienia do tego, co najlepsze sprzed lat i najbardziej szalone nowe pomysły. To dziesięć absolutnie rewelacyjnych piosenek, sięgających różnych stylów, ukazujące wszechstronność zespołu, który świetnie czuje się w estetyce rockowo-metalowej, progresywnej, klasycznej, popowej czy tanecznej. To album, na którym kompozytorski talent Bellamy'ego lśni, ale także płyta, która ukazuje lidera Muse jako niezwykle wrażliwego człowieka. 

Mimo upływu lat i gigantycznego sukcesu Matt niewiele się zmienił - wciąż jest tym samym, pełnym pasji chłopakiem, który szuka odpowiedzi na nurtujące go pytania o to, co czuje i jaki w tym wszystkim sens. Ta autentyczność uderza na "The Wow! Signal" ze zwielokrotnioną siłą. 

 W kilku rozmowach na potrzeby promocji tego albumu artysta zwierzał się, że choć teoretycznie nie powinien się już przejmować tym, co ludzie powiedzą, to jednak ogromne znaczenie ma dla niego opinia fanów, szczególnie tych, którzy trwają przy zespole niezmiennie od lat. Przyznał, że pisząc ten album poczuł tę więź bardzo silnie i zrozumiał, że łączy go z fanami coś absolutnie wyjątkowego, że bardzo ich, szczególnie teraz potrzebuje. Przede wszystkim jednak poczuł piekielnie silną potrzebę twórczej ekspresji. Dotarło do niego, że nie może żyć bez muzyki i że tak jak przed laty, gdy próbował odnaleźć się w meandrach dorosłości, tylko ona jest w stanie uchronić jego strzaskaną duszę przez ostatecznym rozpadem. 

 


Najważniejszy zespół dwudziestego pierwszego wieku 

Brytyjski New Musical Express, który wspierał Muse niemal od początku kariery opublikował recenzję, której autor, Andrew Trendell deklaruje, że "The Wow! Signal" to najlepszy album grupy od dwóch dekad. Myślę, że nie są to słowa na wyrost. To album, który w pełni pokazuje nieograniczoną wyobraźnię muzyków, ich niesłabnącą chęć do eksperymentowania z brzmieniem i przekraczania kolejnych granic. To album, którego można słuchać raz za razem, za każdym razem odkrywając coś nowego, zachwycając się różnymi detalami brzmieniowymi, produkcyjnymi czy koncepcyjnymi. 

Wiele słów już na temat tego albumu padło i wiele z pewnością jeszcze zostanie zapisanych i wypowiedzianych. Wynika z nich jasno, ze jedno jest pewne - Muse wrócili w wielkim stylu, z doskonałą płytą - taką, która sprostała oczekiwaniom nawet tych najbardziej wymagających fanów i taką, która może grupie zaskarbić grono nowych sympatyków. Lepszej po prostu nie można było sobie wymarzyć. Co więcej Muse wrócili w idealnym momencie, bo 2026 rok dla ludzkości w kontekście odkryć kosmosu jest przecież tym przełomowym, będącym preludium do dalszej intensywnej eksploracji w kolejnych latach... 

 

 

Wraz z nowym albumem Muse planują oczywiście trasę koncertową - jak zawsze widowiskową, jak zawsze opatrzoną zapierającą dech produkcją, jak zawsze nie z tego świata. Zaczną pokaźną serią koncertów w Stanach Zjednoczonych już od 2 lipca. Następnie jesienią zawitają na kilka występów do Europy. Polscy fani na chwilę obecną najbliżej będą mieli do Berlina, gdzie grupa wystąpi 18 listopada w Uber Arenie. 

W związku z premierą ukazało się też sporo wywiadów. Szereg z nich znajdziecie na portalu YouTube w formie podcastów, a jeśli chcecie poczytać, to z pewnością warto sięgnąć po ten dla NME: 

https://www.nme.com/news/music/muse-matt-bellamy-interview-wow-signal-tour-plans-3953259  

 

Muse, fot. Tim Saccenti

O najważniejszych albumach Muse możecie poczytać tu: 

https://www.miedzyuchemamozgiem.eu/2023/09/20-lat-mineo-muse-absolution-15092003.html

https://www.miedzyuchemamozgiem.eu/2021/06/muse-origin-of-symmetry-17072001.html