Dwa intensywne dni, dwadzieścia cztery koncerty, wakacyjna aura, luz, obezwładniająca energia, nostalgiczne powroty do czasów szkolnych i nowa fala mocnej, łamiącej bariery muzyki - Summer Punch Festival to nowy mocny gracz na festiwalowej mapie Polski Pierwsza, dwudniowa edycja festiwalu odbyła się na Letniej Scenie Progresji w dniach 18-19 czerwca 2026 gromadząc tłumy fanów muzyki nieograniczonej gatunkowo, której wspólnymi mianownikami są melodyjność i bezkompromisowość. Czy był to idealny początek wakacji? Zdecydowanie tak!
![]() |
| Three Days Grace, for. A.Wojcińska |
Miejsce z ogromnym potencjałem
Letnia Scena Progresji to teren, który świetnie sprawdza się na plenerowe, około-wakacyjne wydarzenia. Dobrze skomunikowany z niemal wszystkimi rejonami Warszawy, umożliwiający sprawne dotarcie także spoza stolicy. W ciągu kilku ostatnich lat grały tu światowe gwiazdy rocka, metalu, popu i alternatywy, gromadząc na koncertach tłumy. To teren z ogromnymi możliwościami produkcyjnymi, umożliwiający zbudowanie dogodnego dla siebie układu koncertowej przestrzeni, co z powodzeniem wykorzystali organizatorzy festiwalu Summer Punch. Oprócz istniejącej już na stałe sceny tuż za klubem Progresja, która stała się Punch Stage, przygotowali też znacznie większą Summer Stage, z ogromnym zapleczem produkcyjnym, korytarzem bezpieczeństwa rozdzielającym publiczność na dwie części i potężnymi kamerami, które uwieczniały całe wydarzenie. Przygotowali dużą strefę gastronomiczną, zaplecze sanitarne i cały teren tak, by tysiące ludzi mogło poruszać się bezpiecznie między scenami i mogło też znaleźć miejsce na chwilę oddechu i odpoczynku.
Pogoda tym razem dopisała aż zanadto. Festiwal odbył się w czasie, gdy do Polski dotarła potężna fala ciepła, zalewając Warszawę słoneczną pogodą, idealną na wakacyjny wypoczynek, ale wymagającą dla tych, którzy chcą spędzić czas bardziej aktywnie, np. tańcząc pod sceną. Hektolitry wody były więc niezbędne, by przetrwać godziny spędzone w palącym słońcu w oczekiwaniu na gwiazdy. Organizatorzy stanęli jednak na wysokości zadania i bardzo publiczności pomogli, dostarczając darmową wodę pitną w ilości niemal nieograniczonej. Była dostępna przez cały czas trwania festiwalu i stale uzupełniana, za co należą się ogromne podziękowania i słowa uznania.
![]() |
| House Of Protection, fot. A.Wojcińska |
Stuprocentowo zagraniczny line-up
Koncerty odbyły się zgodnie z planem, startując sprawnie, naprzemiennie na obu scenach jeden po drugim, na zakładkę, umożliwiając udział niemal w każdym z nich. Rozpoczynały się dość wcześnie, bo już w porze obiadowej, co wydaje się dość nietypowym, ale uzasadnionym zagraniem - obowiązującymi przepisami i wymogami ciszy nocnej. Dzięki wcześniejszej porze po 23 było już cicho, dzięki czemu okoliczni mieszkańcy mogli spokojnie odpocząć i zregenerować się przed kolejnym dniem, co także zadziałało na plus dla uczestników festiwalu, którzy mogli się po długim, intensywnym obcowaniu z muzyką porządnie wyspać.
Co ciekawe był to chyba pierwszy festiwal, którego line-up zasiliły wyłącznie zagraniczni artyści. To bardzo miła odmiana w porównaniu z innymi wydarzeniami, na których często w danym roku występują ci sami polscy wykonawcy - w zależności od muzycznego charakteru imprezy, czy to z puli popowo-komercyjnej, czy też tej bardziej alternatywnej i metalowej. Warto też zauważyć, że artyści zostali tak dobrani, by zadowolić fanów różnych dźwięków - zarówno tych bardziej przebojowych, piosenkowych, tych o hardcore-punkowych podwalinach, tych nietuzinkowych, pokręconych i nieoczywistych, tych będących nostalgicznym powrotem do lat młodości jak i zupełnie nowej, ekscytującej nowej fali muzycznego hałasu. Tu nie liczyły się gatunki, statystyki, słupki, układy i popularność - tu naprawdę najważniejsze były emocje.
![]() |
| APOC, Smash Into Pieces, fot. A.Wojcińska |
Muzyka, która zostaje na zawsze
Z czym kojarzą się festiwale? Przede wszystkim z plenerem, z latem, słoneczną pogodą i lekkością. Z muzyką, która wpisuje się w wakacyjny luz, w zabawę do późna przy muzyce, w czas beztroski, radości. Przebojowość to właściwie drugie imię Summer Punch, który zgodnie ze swoją nazwą dostarczył brzmień idealnie zgranych z wakacyjną pogodą, a zarazem popartych konkretnym uderzeniem, przynosząc dużo uśmiechu i radości tym, którzy po prostu chcą się cieszyć muzyką, nie zawsze piekielnie skomplikowaną, a taką, która chwyta za serce, przypomina o miłych chwilach i pomaga przetrwać te trudniejsze. Było zatem i coś dla tych, którzy chcieli powspominać swoje lata szkolne i przypomnieć sobie, czego słuchali i co wpłynęło na ich późniejsze muzyczne wybory, jak i dla tych, którzy dopiero te lata przeżywają i odkrywają, o co chodzi w muzyce, poszukują odrobiny buntu w postaci hałaśliwości, odskoczni od pierwszych życiowych rozczarowań, trudnych spraw. Poszukują czegoś, co odda ich emocjonalną burzę, co pokrzepi, co stanie się przyjacielem na dobre i na złe, który nie zawiedzie. Co pozwoli na chwilę spontaniczności, wolności, przełamywania schematów.
![]() |
| Palaye Royale, fot. A.Wojcińska |
Muzyka, która łączy pokolenia
Słońce, radość i masę wspomnień przywieźli bez wątpienia P.O.D.. Kalifornijska grupa z Sonnym Sandovalem na czele przypomniała swoje klasyki i złote lata nu-metalu. Publiczność zdzierała gardła śpiewając kolejne piosenki i wiwatując. Oczywiście nie zabrakło nieśmiertelnych "Alive" i "Youth of the Nation". Fajna atmosfera i mnóstwo pozytywnej energii - tak można ten koncert podsumować. Szkoda, że trwał jedynie trzy kwadranse, ale takie są prawa festiwali.
Pokolenia z pewnością połączyła też twórczość Three Days Grace, która mimo upływu lat pozostaje aktualna i niezmiennie porusza. Hymny takie jak "I Have Everything About You" zabrzmiały potężnie obok nowszych kompozycji, na czele z "I Am Machine" czy "So Called Life", dostarczając tak potrzebnej dawki fajnej, rockowej muzyki - świetnie zaśpiewanej i bardzo nośnej. Takiej, której chce się słuchać często, która staje się ścieżką dźwiękową dnia codziennego. Członkowie Three Days Grace na przestrzeni lat wiele przeszli i słychać te zmagania w ich muzyce. Nie zmieniło się jednak to, że pozostali przyjaciółmi, którzy się wspierają i wspólnie tworzą, ciesząc się sztuką.
Gdy do zespołu po przerwie spowodowanej pobocznymi projektami i problemami zdrowotnymi powrócił Adam Gontier, dołączył po prostu do Matta Walsta, dzieląc się z nim wokalnymi obowiązkami. Dziś śpiewają na scenie razem, budując wraz z niezastąpionymi Barrym Stockiem, Bradem Walstem i Nickiem Sandersonem nowe brzmienie grupy i wlewając w te piosenki nową siłę. Piękna sprawa.
![]() |
| Sonny Sandoval, P.O.D, fot. A.Wojcińska |
Uniwersalny charakter posiada niewątpliwie także twórczość Palaye Royale, którzy w Polsce czują się jak u siebie. Grają u nas bardzo często i zawsze przyjmowani są równie ciepło i serdecznie. Trudno się temu dziwić, skoro ich występom towarzyszy nieprawdopodobna energia, której nie sposób nie ulec. Te piosenki praktycznie śpiewają się same, a w połączeniu z charyzmą braci stają się rockowymi hymnami z nośnymi refrenami i skocznymi melodiami. To rasowy rock'n'roll w nowoczesnym wydaniu, który trafia do wszystkich, niezależnie od wieku i muzycznego osłuchania. Podczas tego koncertu było właściwie wszystko, co powinno wydarzyć się podczas festiwalowego występu - wspólnie śpiewane refreny, bezpośredni kontakt z publicznością, okazje do tańca i beztroskiej zabawy. Koncert tradycyjnie zakończył się rejsem wokalisty na dmuchanym pontonie.
![]() |
| Three Days Grace, fot. A.Wojcińska |
Pop nowej generacji
Hit za hitem serwowali nie tylko wspomniani wyżej artyści, którym bliżej do rocka niż do popu, ale też ci, którzy także takiej bezpośredniej przebojowości się nie boją. Nośne refreny na dużej scenie serwowali Set It Off, Silent Planet i Dead By April, ale nie mniej przebojowo było też na Punch Stage.
Nowe spojrzenie na to, co chwytliwe, a zarazem wyraziste rzucili Catch Your Breath, sięgając po kontrasty - podkręcone elektroniką melodie i mocne wokale. Występ przyćmiły nieco problemy techniczne. Doskonale wypadli za to Szwedzi ze Smash Into Pieces, których futurystyczna, apokaliptyczna oprawa wizualna i bujające piosenki bardzo ciekawie wpisały się w klimat festiwalu. Trudno było oderwać wzrok od sceny i nie sposób było nie kołysać się w rytm tych melodyjnych, po prostu świetnych piosenek. Mam nadzieję, że grupa powróci niebawem na swój samodzielny koncert, gdzie będzie można doświadczyć pełnej koncertowej produkcji. Póki co możecie o zespole poczytać więcej tu: https://www.miedzyuchemamozgiem.eu/2026/04/smash-into-pieces-dobrze-jest-wziac.html
Popowej lekkości nie brakowało też w muzyce Rain City Drive, którzy otwierali festiwal, kołyszących utworach Yonaki oraz twórczości Don Broco i Bilmuri, którzy rozkręcili pod sceną niezłe imprezy, z elementem zaskoczenia i gatunkowym skrętem w stronę partii rapu (Don Broco) czy saksofonowej improwizacji (Bilmuri).
![]() |
| Smash Into Pieces, fot. A.Wojcińska |
Nowa fala metalu
Przebojowy na Summer Punch był także metal - nawet na tych potencjalnie najcięższych brzmieniowo koncertach nie brakowało melodyjności. Bury Tomorrow rozbujali publiczność nie tyle ciężkimi riffami i growlami, co melodiami, a Punch Stage pierwszego dnia w pył roznieśli na finał Paleface Swiss, którzy wyrastają na jeden z najciekawszych deathcore'owych zespołów ostatnich lat. Ich dwa ostatnie wydawnictwa to niezwykle intrygujące połączenie bezkompromisowej mocy, surowości i wzruszających, szczerych piosenek. Przyjaciele dali z siebie maksimum i choć publiczność konsekwentnie odpływała spod sceny na nieuchronnie zbliżający się występ Bad Omens, nie szczędzili energii i konkretnego uderzenia. O niesłabnącej pasji chłopaków i ich rozwoju poczytać można więcej o tu: https://www.miedzyuchemamozgiem.eu/2026/04/paleface-swiss-bez-pasji-niczego-nie-da.html
![]() |
| Paleface Swiss, fot. A.Wojcińska |
Nowy ulubiony zespół
Wspomniany powyżej zespół Bad Omens to istny fenomen, sprawnie poruszający się na gatunkowym pograniczu, sięgając po to, co w estetyce metalcore najlepsze i dopełniając ją ambitną, hipnotyzującą melodyjnością. Istniejąca od nieco ponad dekady amerykańska grupa budowała swoją pozycję wytrwale, doskonaląc się w niełatwej sztuce pisania piosenek. Sławę przyniósł im trzeci album "The Death of Piece of Mind", osadzony w dystopijnej atmosferze i pełen emocjonalnych rozważań - osobistych, a zarazem uniwersalnych. Zaufali im Bring Me The Horizon, którzy zabrali ich na wspólną trasę koncertową, tym samym przedstawiając szerszej publiczności i otwierając drzwi do międzynarodowej rozpoznawalności. Fani atmosferycznego metalu pokochali ich nie tylko za muzykę, ale też przepiękną, klimatyczną produkcję koncertową, za kreowanie tajemniczej, niepokojącej atmosfery, sprzyjającej zanurzeniu się we własnych myślach.
Koncert wieńczący pierwszy dzień festiwalu był dla większości obecnych spełnieniem marzeń. Bad Omens powrócili do Polski po kilku latach, awansując z wyprzedanego Palladium do roli głównej gwiazdy dużego festiwalu. Zdecydowanie zasłużenie, bo zagrali bardzo ciekawy, wciągający koncert, który równie dobrze można by określić mianem intymnego spektaklu zbudowanego z kilku rozdziałów. Bardzo zdolny Noah Sebastian świetnie odnalazł się zarówno w tej bardziej popowo-elektronicznej, jak i w metalowej odsłonie, sprawnie łącząc śpiew, chwilami manipulowany nową technologią dla osiągnięcia konkretnego, futurystycznego brzmienia z przeszywającym krzykiem. Nie mogło być inaczej - to musiał być finał, bo po tym koncercie trudno było poskładać w całość roztrzaskaną w drobny mak duszę i wylewające się z niej emocje. Szkoda jedynie, że zespół całkowicie zakazał fotografowania, podobnie jak zespoły, o których w poniższym akapicie.
![]() |
| zachód słońca nad Letnią Sceną Progresji, fot. A.Wojcińska |
Niesłabnąca moda na Japonię
Kultura Azji, a w szczególności Japonii ma w Polsce mnóstwo sympatyków, a każdy przyjazd artystów z tego rejonu świata cieszy się u nas ogromną popularnością. Także i na Summer Punch znalazło się miejsce dla dwóch zespołów stamtąd i dwóch totalnie odmiennych pod względem artystycznej filozofii.
Babymetal to zjawisko, którego nie sposób jednoznacznie określić i przypisać do konkretnego gatunku. To jedyny w swoim rodzaju twór, łączący charakterystyczną japońską estetykę z mocniejszym graniem - kolorowy i przebojowy, choć silnie wyreżyserowany i dopracowany tak, by pasował do konkretnie zdefiniowanego stylu i trafiał w gusta konkretnej grupy odbiorców, to mimo wszystko bezkompromisowy pod kątem brzmienia. To zespół, który jedni uwielbiają, utożsamiając się z twórczością tak silnie, że stylizują się na koncert na wzór artystek, inni zaś całkowicie odrzucają. Festiwalowy koncert Japonek został jednak przyjęty bardzo ciepło - publiczność tańczyła z artystkami i reagowała żywiołowo na ultraprzebojowe, wkręcające się w umysł piosenki i widowiskowe show.
Ciepło zostali przyjęci też Man With A Mission, którzy skrywają swoją tożsamość za głowami wilków, w których występują od początku kariery. Ich gitarowe piosenki sprawdziły się na głównej scenie. Choć przez cały występ nie brakowało chwytliwych zagrań, największe poruszenie wywołała ich wersja hitu AC/DC, odśpiewana przez publiczność chórem. Japończycy czuli się na scenie bardzo dobrze i szczerze i gorąco dziękowali za tak entuzjastyczne reakcje. Więcej o zespole dowiecie się z wywiadu, o tu. https://www.miedzyuchemamozgiem.eu/2026/04/man-with-mission-kazdy-z-nas-ma-jakas.html
![]() |
| Zero 9.36, fot. A.Wojcińska |
Wszechstronni i innowacyjni
Do bezkompromisowości pod kątem przebojowości i międzypokoleniowego porozumienia można dorzucić też tę w łączeniu gatunków i sprawnym między nimi przeskakiwaniu. Największą wszechstronnością w tej kwestii wykazał się wokalista francuskiego Landmvrks, Florent Salfati, którego śpiew wywołuje ciarki niczym głos nieodżałowanego Chestera Benningtona z Linkin Park, krzyk rozdziera duszę, a rap powala na kolana. Grupa wyrasta w ostatnich latach na liderów metalcore'owej ekspresji.
Nieprawdopodobnie zdolnym wokalistą i kompozytorem jest też Matt Cullen, który w ramach projektu Zero 9:36, robi wszystko to, co przyjdzie mu do głowy na własnych zasadach. W mgnieniu oka potrafi przeskoczyć od rapu, przez pop do niskich growli, a przy tym wyprodukować przebój niebanalny, złamany jakąś nietypową strukturą. Choć w piekielnym upale na start festiwalowego dnia nie pokazał pełni swoich możliwości, i tak zachwycił talentem i wzruszył skromnością. Więcej o twórcy tu: https://www.miedzyuchemamozgiem.eu/2026/05/zero-936-jesli-nie-ucze-sie-czegos.html
![]() |
| Landmvrks, fot. A.Wojcińska |
Punk nie umarł
Z bezkompromisowością przekazu związany jest także, a może przede wszystkim punk rock. Tego niezależnego ducha także na Summer Punchu nie brakowało i dawał o sobie znać regularnie szczególnie na mniejszej Punch Stage. Zarówno w tej odsłonie bardziej hardcore'owej, jak i ultraprzebojowej.
Totalnie odjechany występ zaproponowali House Of Protection - nowy projekt Arica Improty (Night Verses) i Stephena Harrisona (Fever 333, The Chariot)., urzekając publiczność charyzmą i energią. Rozpoczęło się od skoku wokalisty w tłum i rozkręceniu circle pitu, później były szaleństwa na scenie, niekończące się skoki i crowd surfing zarówno publiczności jak i muzyków. Duet nie bierze jeńców - miesza trap, trip-hop, post-punk, alternatywę i wszystko, co przyjdzie im do głowy — bez zasad, bez kalkulowania, z pełnym ryzykiem. Są nieprzewidywalni i niesamowici - i taki właśnie był ich występ. Potężny, szalony, fantastyczny.
![]() |
| House of Protection, fot. A.Wojcińska |
Scenę drugiego dnia roznieśli w pył Wargasm, szalejąc do upadłego i świetnie się bawiąc przy swoich chwytliwych, a zarazem zgrzytliwych piosenkach, łączący surowość z melancholią Touche Amore oraz absolutnie niepodrabialni Show Me The Body. Nie ma drugiego tak zwariowanego zespołu, który miałby w składzie banjo, gitarę i perkusję i który tak szczerze grał, budując intensywne, gęste i buntownicze brzmienie, pełne niepokoju i bezpośredniości.
Niezależnego ducha nie brakowało też podczas występu Alexisonfire, na których czekało z utęsknieniem wielu fanów od lat. Kanadyjczycy w niebanalny sposób łączą uzależniającą melodyjność z dzikością hardcore'u, stając się jednym z najbardziej przebojowych zespołów z post-hardcore'owego nurtu. Na koncertach dzielą się z publicznością niebywałą energią, ujmując szczerością i bezpośredniością. Zabrzmieli świetnie, przynosząc pełen pakiet emocji. Wyrazili ze sceny skruchę, że kazali na siebie czekać w Polsce aż ćwierć wieku i obiecali szybki powrót. Trzymam za słowo, bo z przyjemnością usłyszę ich ponownie!
![]() |
| Touche Amore, fot. A.Wojcińska |
Festiwalowa społeczność na medal
Summerpunchowa publiczność była jedną z najprzyjemniejszych, z którą miałam przyjemność spędzić czas. Morze oddanych fanów bawiło się na festiwalu w zgodzie ze sobą, nie tocząc zaciekłych walk o miejsce przy barierkach, dbając o komfort współuczestników i będąc gotowym pomóc sobie wzajemnie, gdy będzie ku temu potrzeba. Fani spędzali czas, zachowując trzeźwość oceny sytuacji, sięgając po alkohol sporadycznie, nie upijając się do upadłego, co jest bardzo miłą odmianą w porównaniu do wielu innych wydarzeń, w których miałam przyjemność uczestniczyć na przestrzeni ostatniej dekady. Wyraźnie dało się odczuć, że to społeczność, która wzajemnie się wspiera i po prostu chce wspólnie przeżyć coś fajnego. Bez incydentów, bez dramatów, bez oceniania, bez dzielenia się na obozy sympatyków tego czy tamtego zespołu. To bardzo cenne i należą się za to ogromne podziękowania.
![]() |
| Alexisonfire, fot. A.Wojcińska |
Pierwsza edycja Summer Punch Festivalu zakończyła się sukcesem. Okazało się, że dwa dni ze świetną muzyką i w fajnej atmosferze to za mało i organizatorzy mają ochotę na więcej. Festiwal powróci w przyszłym roku w nowej odsłonie, jeszcze intensywniejszy, z jeszcze większą dawką muzyki, która porusza, budzi wspomnienia i przynosi dużo radości. Odbędzie się w dniach 17-19 czerwca 2027. Szczegóły wkrótce. Pojawią się z pewnością na festiwalowej stronie https://summerpunchfestival.com/ oraz w festiwalowych mediach społecznościowych. Bądźcie czujni!
![]() |
| Palaye Royale, fot. A.Wojcińska |
Galerie z większości festiwalowych koncertów znajdziecie tu:
Alexisonfire: https://www.muamart.pl/index.php/alexisonfire/
Bilmuri: https://www.muamart.pl/index.php/bilmuri/
Bury Tomorrow: https://www.muamart.pl/index.php/bury-tomorrow/
Catch Your Breath: https://www.muamart.pl/index.php/catch-your-breath/
Dead By April: https://www.muamart.pl/index.php/dead-by-april/
![]() |
| P.O.D. fot. A.Wojcińska |
Don Broco: https://www.muamart.pl/index.php/don-broco/
House Of Protection: https://www.muamart.pl/index.php/house-of-protection/
Landmvrks: https://www.muamart.pl/index.php/landmvrks-ii/
Palaye Royale: https://www.muamart.pl/index.php/palaye-royale/
Paleface Swiss: https://www.muamart.pl/index.php/paleface-swiss/
![]() |
| Landmvrks, fot. A.Wojcińska |
P.O.D.: https://www.muamart.pl/index.php/p-o-d/
Rain City Drive: https://www.muamart.pl/index.php/rain-city-drive/
Set It Off: https://www.muamart.pl/index.php/set-it-off/
Show Me The Body: https://www.muamart.pl/index.php/show-me-the-body/
Silent Planet: https://www.muamart.pl/index.php/silent-planet/
![]() |
| Palaye Royale, fot. A.Wojcińska |
Smash Into Pieces: https://www.muamart.pl/index.php/smash-into-pieces/
Three Days Grace: https://www.muamart.pl/index.php/three-days-grace-ii/
Touche Amore: https://www.muamart.pl/index.php/touche-amore/
Wargasm: https://www.muamart.pl/index.php/wargasm/
Yonaka: https://www.muamart.pl/index.php/yonaka/
Zero 9:36: https://www.muamart.pl/index.php/zero-936/


















