środa, 5 sierpnia 2026

Tańce, wzruszenia i nostalgiczne powroty, czyli o występie Moby'ego na Letniej Scenie Progresji

Od ponad trzydziestu lat za jego sprawą muzyka elektroniczna nabiera nowych barw i eksploruje nowe kierunki, czerpiąc garściami z innych stylów. Artysta, producent, innowator, aktywista. Moby wprowadził taneczne brzmienia na szerokie wody, wykorzystując przy okazji muzyczny pomost do mówienia o tym, co ważne. 

Wrócił do Warszawy po kilkunastoletniej przerwie i zachwycił publiczność charyzmą i energią, pokazując, że elektronika na żywo to nie tylko DJskie sety, ale też pełnoprawne koncerty kilkuosobowych składów. 

 



 

Nikt nie słucha techno? 

"Nikt nie słucha techno!" - deklarował Eminem w "Without Me", jednym ze swoich hitów z początku dwudziestego pierwszego wieku, naśmiewając się z popularności muzyki Moby'ego. Fragment tej piosenki zresztą artysta zacytował w trzeciej koncertowej kompozycji, z przymrużeniem oka podejmując dialog z jednym z najbardziej rozpoznawalnych raperów ostatnich dekad. Teledyski obu artystów na przełomie wieków w zapętleniu odtwarzało MTV, co przyniosło im niemały rozgłos. Różnica jest jednak taka, że to właśnie twórczość Moby'ego obroniła się po latach, stając się nie tylko nostalgicznym powrotem do czasów sprzed mediów społecznościowych i powszechności Internetu, ale też nabierając współczesnego wymiaru, będąc niezmiennie aktualną i stając się pomostem do kariery dla innych artystów łączących w swojej sztuce elektronikę, pop i rock. 

Warszawski koncert pokazał jak bardzo słynny raper się pomylił. Moby przyciągnął na teren Letniej Sceny Progresji absolutny komplet publiczności - kilka tysięcy ludzi, którzy w upalny wakacyjny wieczór tańczyli w najlepsze, ciesząc się każdą chwilą i zapominając o otaczającym świecie. To mówi samo za siebie. 

 


 

 

Charyzma i energia 

Od pierwszych minut swojego występu artysta ujmował energią. Wykonując "Bodyrock" biegał po scenie z gitarą i zachęcał publiczność do interakcji. Później grał na bongosach i na klawiszach, trochę śpiewał, a w wolnych chwilach zabawiał publiczność. Nie było miejsca na nudę ani przerw na piosenkowe "wypełniacze". Okazji do wspólnych zabaw, tańców, oklasków i śpiewów nie brakowało - Moby zaplanował na ten wieczór bardzo przekrojową setlistę, sięgając po wszystko to, czego mógł oczekiwać zarówno bardziej wymagający odbiorca, stawiający na klimat, emocje i energię chwili, jak i osoba, która wyczekuje na koncertach największych przebojów. 

Flagowe kompozycje na czele z "In This World" oraz utworami z wydanego w maju 1999 roku przełomowego albumu "Play", z których zabrzmiały m.in. "Why Does My Heart Feel So Bad?", "Natural Blues", "Honey" i "Porcelain" zebrały oczywiście największy aplauz, ale cały występ był bardzo spójny i przemyślany. Moby'emu towarzyszył na scenie całkiem spory zespół - dwie obdarzone świetnymi głosami wokalistki, skrzypaczka, wiolonczelistka, perkusista i skryty za konsoletą z tyłu sceny opiekun brzmienia. Naprawdę dobrze to brzmiało, a w połączeniu z ciekawymi wizualizacjami równie dobrze wyglądało. 
 
 

 

 Nostalgicznie o tym, co ważne 

Moby z przyjaciółmi z utworu na utwór nieustannie udowadniał, że elektronika grana na żywo to ogromny potencjał do muzycznego zagospodarowania. Okazje do dyskotekowych szaleństw przeplatały się z refleksyjno-nostalgicznymi momentami i chwilami wspomnień i hołdów. Mimo doskwierającego upału sześćdziesięcioletni artysta czuł się w Warszawie komfortowo. Zachwycał się otoczeniem sceny i niemal leśną aurą przestrzeni Letniej Sceny Progresji. Jeden z pierwszych utworów w swojej karierze, "Go", inspirowany "Miasteczkiem Twin Peaks", zadedykował nieodżałowanemu Davidowi Lynchowi, złożył też hołd Davidowi Bowiemu. Urzekł go romantyzm miejsca i okoliczności, a także szczere i pełne pasji reakcje publiczności. 

Nie zabrakło też okazji do podkreślenia potrzeby troski o los zwierząt. Moby, od lat weganin i aktywista, złożył hołd także Jane Goodall, która całe życie poświęciła badaniom naczelnych. Nie musiał właściwie nic tłumaczyć, bo wyświetlane w tle wizualizacje ukazujące wzruszające kadry ze zwierzętami w roli głównej mówiły same za siebie, wywołując niemałe wzruszenie. Niezmiennie duże wrażenie robił też jego nieodłączny tatuaż podkreślający troskę o prawa zwierząt.




Doświadczenie dla wszystkich

Koncert Moby'ego był wyjątkowy z jeszcze jednego powodu - był dostępny absolutnie dla wszystkich! Przestrzeń Letniej Sceny Progresji przystosowano tak, by umożliwić udział w koncercie także niepełnosprawnym.  Osoby na wózkach dzięki specjalnie wytyczonej ścieżce mogły bez trudu  dotrzeć na teren wydarzenia i cieszyć się nim tak samo, jak osoby w pełni mobilne. To jednak nie wszystko - jakkolwiek wydawać może się to nieprawdopodobne, na specjalnej platformie dedykowana osoba tłumaczyła koncert na język migowy! To chyba pierwszy taki koncert, na którym spotkałam się taką piękną inicjatywą. Zdecydowanie ma to sens, gdy koncert jest także widowiskiem wizualnym, zawierającym ważne przesłanie. 

Warszawski występ artysty był bez wątpienia jednym z najważniejszych wydarzeń muzycznych tego roku w Polsce. Dopracowany i fajnie zrealizowany z pewnością pozostawił po sobie masę ciepłych wspomnień. Na koniec warto jeszcze dodać, że gdy tłum publiczności falami napływał na teren koncertu niemal godzinny set prezentował rodzimy elektroniczno-gitarowy duet NEWSKIN. Niezły i z potencjałem, ale chyba ciut za długi. 


 

 Więcej zdjęć z koncertu tu: 

MOBY: https://www.muamart.pl/index.php/moby/

NEWSKIN: https://www.muamart.pl/index.php/newskin/