czwartek, 29 października 2026

Historyczny koncert, teatr i muzyczny bunt przeciwko algorytmom, czyli o pierwszym polskim występie Puscifer

Głos, którego nie sposób pomylić z żadnym innym, pasjonujące dialogi wokalne, odrobina  teatralności i muzyka najwyższej próby- w ostatnią październikową środę w Klubie Stodoła miał miejsce niewątpliwie jeden z najważniejszych koncertów ostatnich lat. Maynard James Keenan, jeden z najwybitniejszych wokalistów ostatnich dziesięcioleci po raz pierwszy zawitał do Polski z najbardziej eksperymentalnym ze swoich projektów - grupą Puscifer, serwując publiczności nieoczywisty spektakl - wciągający, przewrotny i skłaniający do refleksji. 


Maynard James Keenan, fot. A.Wojcińska



W pogubionym społeczeństwie  

Świat z każdym kolejnym dniem coraz bardziej pogrąża się w chaosie. Fundamenty, na których zbudowaliśmy nasze funkcjonowanie przez lata rozpadają się przede wszystkim dlatego, że jesteśmy rozproszeni. Nie potrafimy skoncentrować się na jednej czynności na dłużej niż przez kilka minut. Nie potrafimy słuchać, ustać w miejscu, a tym bardziej poświęcić czemuś więcej uwagi i czasu.  

Obojętniejemy emocjonalnie. Nie umiemy już przeżywać i doświadczać, a tym bardziej docenić tego, w czym możemy brać udział, co możemy obserwować, chłonąć  Zamiast uczestniczyć w koncercie, zamieniamy żywe, kipiące na scenie emocje na bezproduktywne rozmowy o niczym, na wędrówki do baru i przepychanie się między współuczestnikami wydarzenia bez większego zastanowienia się właściwie po co. 

Maynard James Keenan, fot. A.Wojcińska

Takie smutne wnioski przyniósł pobyt w środowym koncertowym tłumie, w wypchanej niemal po brzegi sali Klubu Stodoła. Zamiast cieszyć się jedynym w swoim rodzaju, ponadczasowym wydarzeniem i wyjątkową okazją spotkania z artystą, który zmienił oblicze muzyki rozrywkowej, część uczestników uznała, że to przecież nic szczególnego - ot kolejny koncert i okazja, by pogadać ze znajomymi i spędzić ten czas tak, jak zawsze - no prawie, bo wyjątkowo bez urządzenia, które stało się nieodłącznym towarzyszem wszelkich codziennych aktywności. 

Pewnie dlatego, gdy zespół dobitnie poprosił o schowanie telefonów komórkowych do kieszeni na czas koncertu, nie robienie zdjęć (poza wyznaczonym skrupulatnie czasem w fosie dla przedstawicieli mediów) i nie nagrywanie, wielu uczestników koncertu zamiast cieszyć się muzyką i chłonąć wydarzenie tu i teraz, nie wiedziało, co ze sobą zrobić i kręciła się w kółko między salą i barem. 

Uważne słuchanie i bycie obecnym - coś, co kiedyś było zupełnie naturalne stało się luksusem w erze, w której większość podporządkowała swoje życie ramom instagramowych rolek, nieustannego relacjonowania swoich aktywności w sieci i podglądania, jak żyją inni, dając się wciągnąć w fałszywe poczucie bycia częścią wielkiej i ważnej społeczności. 

Carina Round, fot. A.Wojcińska

 To nie jest "normalne" 

Media społecznościowe sprawiły, że przestaliśmy logicznie myśleć. Sterowani przez algorytmy dajemy się nieustannie wodzić za nos, poświęcając uwagę rzeczom totalnie niepotrzebnym, tracąc czas na przewijanie, przez co omija nas to, co faktycznie ważne i wartościowe. Uzależniamy się, pozwalamy się wciągnąć w wir głupot, fałszywych informacji, podziałów, internetowych sporów prowadzących donikąd, bezsensownych wyzwań, nieustannego porównywania się wzajemnie i oceniania. Między innymi o tym traktuje nowy album Puscifer, "Normal Isn't", który stał się motywem przewodnim występu. Wybrzmiał w całości, przepleciony pasującymi koncepcyjnie fragmentami poprzednich płyt grupy oraz innymi mniej oczywistymi atrakcjami, obejmującymi performance, kabaret, komiks. 

Niepokój, iluzja, przebudzenie, krytyka algorytmów i polaryzacji, świadomość, że coś jest nie tak, poszukiwanie drogi ucieczki  - tak mniej więcej można by streścić fabularny wymiar koncertu zawarty w tekstach utworów. By nie było tak dystopijnie i apokaliptycznie, przepleciony został humorem i satyrą, ostatecznie niosąc nadzieję na to, że nie wszystko stracone (jeśli tylko zdążymy się obudzić). 

 

Gunnar Olsen, fot. A.Wojcińska

Sterowani przez siłę wyższą 

Uniwersum Puscifer to nie tylko muzyka, która już sama w sobie wymyka się klasyfikacji, sięgając do rocka, elektroniki, popu i tworząc z tych składników połączenie nieoczywiste. To pełen koncept obejmujący stroje, choreografię i fikcyjne postaci, w które wcielają się Maynard James Keenan i Carina Round, którzy opowiadają spójną historię poprzez humor z odrobiną surrealizmu, stając się bohaterami teledysków, komiksów i skeczy. W tej odsłonie zespołowej opowieści stali się odpowiednio Bellendią Black i Fanny Grey - w spójnych kreacjach w tonacji czerni i czerwieni - prowadząc publiczność przez dystopijny świat, wcielając się w marionetki sterowane siłą zewnętrzną,  poruszając się ruchem robotycznym, niczym na sznurkach pociąganych przez "wielkiego brata", "boga" czy inną "siłę wyższą". Na scenie nie tyle rywalizowali ze sobą bezpośrednio na ringu (jak podczas rozdziału zespołowej działalności promującego "Existential Reckoning"), lecz  toczyli pełen emocji dialog, działając razem i wspólnie opowiadając historię. Stali się też bohaterami rysunkowego skeczu  "Bangers and Mashups", wcielając się w gości osobliwego programu śniadaniowego, niemal tak absurdalnego, jak to, co oglądamy na co dzień w rzeczywistości. 

Dozę humoru wniósł też niewątpliwie udział komika Dave'a Hilla, który nie tylko zadbał o wstęp do wieczoru, prezentując publiczności osobliwy performance przed koncertem Puscifer, ale też brawurowo wkraczając na scenę podczas koncertu gwiazdy i zamykając koncert gitarowym popisem. 

Mat Mitchell, fot. A.Wojcińska

 

 

Spektakl w dwóch aktach

Niemal dwugodzinny koncert zbudowany był z dwóch aktów przedzielonych dziesięciominutową przerwą, co przy tak wymagającym występie dla ponad sześćdziesięcioletniego wokalisty potrzebującego chwili na oddech i zebranie energii jest jak najbardziej zrozumiałe. Ze wspomnianymi kreacjami, widowiskową oprawą świetlną, wyreżyserowaną choreografią i dopracowaną do perfekcji muzyką, wykonaną niezwykle precyzyjnie i idealnie nagłośnioną przypominał bardziej spektakl teatralny niż klasyczny koncert. To celowy zabieg, by dodatkowo podkreślić, że nasze życie to przecież teatr, w którym nieustannie odgrywamy kolejne role na kolejnych życiowych etapach, starając się zrealizować nasze zadanie jak najlepiej i zachować godność i człowieczeństwo. Jak zauważa Keenan, tych stadiów od narodzin, dzieciństwa, przez kolejne wyzwania dorosłości po schyłek i ponowne stawanie się dzieckiem jest dokładnie siedem, o czym wspomina w jednym z najważniejszych fragmentów "Normal Isn't", kompozycji "Seven One", będącej osobliwą rozprawą o wyjątkowych właściwościach tej liczby. 

Jak to w teatrze podczas występu interakcji z publicznością praktycznie nie było aż do samego finału, w którym to artysta przedstawił kolejno swoich przyjaciół z zespołu i "partnerkę w zbrodni", podziękował publiczności za uwagę i niezmiennie od lat niezwykle ciepłe przyjęcie z niemałym wzruszeniem przyjmując ogłuszającą owację, poprzez żarty skrywając wrodzoną skromność i aspołeczność. Z wdzięczności za uszanowanie prośby o nieużywanie telefonów zezwolił na wykonanie "pamiątek z wieczoru" podczas zagranego na bis wymownego "A Public Stoning". Las telefonicznych kamerek, który wyrósł nad głowami publiczności w tym momencie był też sam w sobie bardzo wymowny i skłonił do refleksji jeszcze silniej. 

Josh Moreau, fot. A.Wojcińska
 

Pod względem muzycznym i stylistycznym była to tak naprawdę bardzo nostalgiczna podróż do początków działalności Maynarda i punkowo-gotyckiej estetyki, która ukształtowała jego muzyczną wrażliwość. Na scenie oprócz wspomnianej już obdarzonej wspaniałym głosem Cariny Round stawili się też gitarzysta Mat Mitchell, perkusista Gunnar Olsen  i basista Josh Moreau, budując wyjątkowe brzmienie na pograniczu rockowej ekspresji, post-punkowej dystopijności, industrialnego pulsu i  odrobiny popowej przebojowości. Wszystko to zostało poprowadzone głosami Keenana i Round, które tocząc dialogi fenomenalnie się dopełniały, budując klimat wieczoru - mroczny, intymny, chwilami niejednoznaczny, niesamowicie wciągający. 

 

Idol na wyciągnięcie ręki

Dużą rolę w kreowaniu atmosfery pełniły też światła, subtelnie ukazujące muzyków wyłaniających się z mroku - raz na podwyższeniu z tyłu sceny, innym razem w pierwszej linii tuż przed publicznością. To pewna odmiana w stosunku do innych projektów Keenana, który występując w ramach Tool i A Perfect Circle nie tylko nie gra w klubach, lecz w wielkich arenach, lecz także trzyma się w cieniu, poruszając się wyłącznie w ramach wytyczonej wcześniej przestrzeni z tyłu sceny. Tu, wcielając się w fikcyjną postać, wchodzi w określoną teatralną rolę, przełamując tym samym dotychczasowe schematy i schodząc na jakiś czas do pierwszej linii, pozwalając publiczności zobaczyć się z bliska - po latach finalnie dostrzec swojego idola, który jest autorem ścieżki dźwiękowej do codziennych życiowych zmagań. To wyjątkowa i prawdopodobnie jedyna okazja, by móc spojrzeć mu w oczy, przyjrzeć się jego mimice i emocjom, które towarzyszą mu na scenie - szansa jedna na milion, która z niejednym miłośnikiem jego twórczości pozostanie na zawsze. I choć w dalszej części klubowej sali nie wszyscy tę możliwość uszanowali, to kilkusetosobowe grono wiernych fanów zgotowało mu owację godną króla. Chcę wierzyć w to, że to ekstatyczne i euforyczne przyjęcie sprawiło mu wiele radości.  

 

Maynard James Keenan, fot. A.Wojcińska



Odwiedziny Puscifer w Polsce były możliwe dzięki Live Nation Poland, którym serdecznie dziękuję za zaproszenie. 

Pełna galeria z koncertu dostępna jest tu:  https://www.muamart.pl/index.php/puscifer/


Więcej o Puscifer tu: 

https://www.miedzyuchemamozgiem.eu/2026/02/o-spoeczenstwie-ogupionym-przez.html

https://www.miedzyuchemamozgiem.eu/2020/11/puscifer-existential-reckoning-30102020.html 

 

zajrzyjcie też tu: https://www.youtube.com/watch?v=t9nChwl9EpU :) 

 

Carina Round, fot. A.Wojcińska