Są z Australii, ale wyjątkowo upodobali sobie irlandzką kulturę. Z polską publicznością nawiązali relację szczególną, bo właśnie tu, na festiwalu w Jarocinie ponad dekadę temu rozpoczęli swoją przygodę na arenie międzynarodowej. The Rumjacks przyjeżdżają do Polski od ponad dekady regularnie i wrócą do nas pod koniec marca na trzy występy. Z tej okazji basista i założyciel grupy, Johnny McKelvey opowiedział mi o tym, jak bardzo bliska jest mu Polska i jak mu się żyje w Europie. Porozmawialiśmy też o tym, jak zmienia się publiczność koncertowa i przemysł muzyczny na przestrzeni lat.
![]() |
| The Rumjacks, fot. mat.prasowe |
Między Uchem A Mózgiem: Polska to dla The Rumjacks bardzo ważne miejsce na mapie świata. Czytałam, że to właśnie tu dekadę temu rozpoczęła się Wasza międzynarodowa podróż.
Johnny McKelvey: Tak, Polska jest bardzo ważna zarówno dla zespołu jak i dla mnie osobiście. Swój pierwszy międzynarodowy koncert poza Australią The Rumjacks zagrali w 2015 roku na festiwalu w Jarocinie. Tu rozpoczął się dla nas nowy rozdział, inny poziom doświadczeń. W kolejnym roku zagraliśmy na Przystanku Woodstock nasz największy koncert...
Gdy byliśmy w trasie w 2015 roku naszym kierowcą był Tomasz, który grał na basie w kilku polskich metalowych zespołach. Opowiadał nam o Woodstocku, o tym, jakie to wspaniałe miejsce. Gdy okazało się, że rok później tam zagraliśmy, nie mogliśmy uwierzyć, że tak to się potoczyło. Oglądaliśmy nagrania i zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że to naprawdę duża impreza. Nie pamiętam gdzie graliśmy dzień przed koncertem na festiwalu, ale pamiętam, że jechaliśmy tam całą noc. Gdy przyjechaliśmy na miejsce i zobaczyłem scenę i ten tłum, zakręciło mi się w głowie, źle się poczułem, wymiotowałem ze stresu. Bardzo się tym występem przejmowałem, byłem nieźle zestresowany, bo to był największy tłum, przed którym graliśmy. Wystąpiliśmy tam dwukrotnie, ponownie zagraliśmy, już na Pol'and'Rocku, w 2023 roku. To niesamowite. Jestem za to doświadczenie ogromnie wdzięczny.
MUAM: Nie dziwię się, że się stresowałeś. W końcu to jeden z największych, jak nie największy festiwal w Europie... Każdego by to obezwładniło...
Johnny: Tak, może wielkością dorównują mu te brytyjskie duże imprezy jak Glastonbury czy Reading & Leeds. To niewiarygodne. W 2023 otwieraliśmy festiwal i ponownie nas zaskoczył. Będąc od tylu lat w trasach powinienem się lepiej orientować, ale pamiętam, jak pytałem, czy skoro gramy tak wcześnie, to czy ktoś w ogóle przyjdzie na nasz koncert. Spodziewałem się, że przeważnie tłumy stawiają się w sobotni wieczór, gdy już każdy jest po pracy i może dotrzeć na koncert. Przekonałem się, że tam jest zupełnie inaczej, że ludzie jadą tam dla klimatu i są pod sceną od samego początku do ostatniego późnowieczornego koncertu. Oczywiście na naszym koncercie był tłum i wszyscy świetnie się bawili, sprawiając, że zapamiętamy ten koncert na zawsze. Atmosfera tego miejsca oszołomiła mnie kompletnie. To absolutnie wspaniałe!
Do tej bliskiej relacji z Polską teraz dołączył jeszcze aspekt osobisty - moja dziewczyna jest Polką. Jest wspaniałą osobą, podobnie jak wszyscy ludzie, których w Polsce poznałem. Mam nadzieję, że będziemy razem szczęśliwi wiele lat i że spędzę z nią większość mojego życia! Tak zdecydowanie Polska jest dla mnie szczególnie ważnym miejscem!
MUAM: Trzymam mocno kciuki i bardzo się cieszę. Mówiłeś, że w 2015 zagraliście pierwszy koncert poza Australią. Mniej więcej też wtedy postanowiłeś przeprowadzić się do Europy. Co sprawiło, że przeniosłeś się na Sary Kontynent? Życie w Australii nie dawało takich możliwości, jak Europa?
Johnny: Australia to piękny kraj, duży, różnorodny, także scena muzyczna jest tam bardzo ciekawa - zespoły z tego kraju odnoszą międzynarodowe sukcesy. Dla nas jednak Australia okazała się nieco ograniczająca, głównie dlatego, że jest tak drastycznie oddalona od innych kontynentów, od wszystkiego. Będąc początkującym zespołem nie zarabiasz zbyt wiele z tras koncertowych, często musisz dokładać do interesu. Akceptuje się te straty i trudności, chcąc grać, doświadczać, poznawać nowych ludzi. Gdy więcej się podróżuje i niezbędne są długie loty, traci się jeszcze więcej pieniędzy. Taka jest kolej rzeczy, marzę, by było inaczej. Będąc bliżej celu podróży, te dojazdy i loty są mniej uciążliwe, dlatego chcąc budować bazę fanów w Europie, przenieśliśmy się tutaj, by móc tu więcej koncertować i bardziej cieszyć się samymi spotkaniami i byciem na scenie. By móc pojechać w trasę w dowolnej chwili. Będąc w Australii nie da się grać tras tak często - jest mniej miejsc, mniej możliwości. Tutaj jest zdecydowanie łatwiej.
MUAM: Rozumiem, co masz na myśli. A z perspektywy czasu - jak się czujesz w Europie? Dobrze Ci się tu mieszka?
Johnny: Z roku na rok Europa jest mi coraz bliższa. To niesamowite, że w przeciągu kilku godzin możesz być w kompletnie innym miejscu, innym kraju. To wydaje się oczywiste, ale w Australii co najmniej dwie godziny zajmuje samo wydostanie się poza granice miasta, w którym mieszkasz. Stąd w dwie godziny możesz polecieć w wiele miejsc w zależności od kierunku, w którym się udasz. Europa jest bardzo zwarta, skondensowana, mieszkają tu ludzie mówiący wieloma językami, mający różne kulturowe zaplecze. Wystarczy ruszyć się kawałek dalej i już poznajesz i odkrywasz coś nowego. Po dekadzie podróżowania nie zwiedziłem nawet jednej czwartej miejsc, w które chciałbym się udać. Jest tu tak wiele do odkrycia.
MUAM: Wiesz, ja w Europie mieszkam całe życie i też w wiele miejsc nie dotarłam, nawet tu w okolicy.
Johnny: To prawda, przejeżdża się przez wiele miast, do których później chciałoby się wrócić. Każdy kraj ma do zaoferowania coś ciekawego. Powoli odhaczam listę miejsc do odwiedzenia, krok po kroku :)
![]() |
| fot. mat. prasowe |
MUAM: Podróżowanie na przestrzeni lat stało się bardziej dostępne i ludzie chętnie podróżują także na koncerty. Rozmawiając o odwiedzaniu różnych miejsc pomyślałam o tym, że na przestrzeni lat zmieniła się też koncertowa publiczność - chodzę na koncerty od ponad dekady i zauważyłam, że z roku na rok ludzie chętniej odkrywają nowe brzmienia, są otwarci na inne gatunki, poszukują nowych wrażeń, nie ma już tak ścisłych podziałów subkulturowych, publiczność jest wobec współuczestników bardziej tolerancyjna.
Johnny: Zgadzam się z tym, co mówisz. Także my sami w ciągu ostatnich 10 lat rozwinęliśmy się jako zespół i wydaliśmy mnóstwo nowej muzyki, odwiedziliśmy też wiele miejsc na świecie. Dojrzeliśmy i zmierzamy w dobrym kierunku. Jesteśmy jak rodzina, którą łączą wspólne sprawy, choć są w niej osoby o przeróżnych życiowych doświadczeniach, które interesują się różnymi gatunkami, bo przecież to, że gramy taką, a nie inną muzykę wcale nie znaczy, że tylko takiej słuchamy. Gdyby tak było, nagrywalibyśmy w kółko to samo, co ktoś już kiedyś pokazał światu.
Szukamy nowych wyzwań i cieszy nas bardzo, że młodzi ludzie otwierają się na nową muzykę, nie zamykają się w jednej gatunkowej przestrzeni, poszerzają horyzonty. Dzięki tej otwartości naszych fanów rozwijamy się także i my. Dobrze jest na każdym życiowym etapie poznawać nowych ludzi, to bardzo inspirujące. Na naszych koncertach mile widziany jest każdy i każdy może tu znaleźć coś dla siebie.
MUAM: Zauważyłam też, że ludzie na koncertach też zachowują się nieco inaczej - ograniczają się w piciu alkoholu, skupiają się bardziej na muzyce, samo uczestnictwo w koncercie jest bezpieczniejsze i bardziej komfortowe. Zamiast upijać się do upadłego, wolą skupić się na doświadczeniu, nie przekraczając tej bariery wstydu, a i tak świetnie się bawią bez dopalaczy. Bardzo to doceniam.
Johnny: To prawda, młodzi ludzie są bardziej trzeźwi, cieszą się koncertami i to jest wspaniałe. Zamiast wydawać na alkohol kupują zespołowe pamiątki, co dla nas jest dodatkową gratyfikacją. Sporo się pozmieniało. Wszyscy kiedyś chodziliśmy na koncerty. Pamiętam, że były takie, po których się imprezowało i niewiele pamiętało się z samego koncertu. Przez lata ludzie woleli nie pamiętać występów, na których byli, co jest z perspektywy czasu strasznie dziwne. Nie winię ich za to, każdy ma prawo decydować o sobie, ale miło jest powstrzymać się od picia choć na te półtorej godziny setu. To nie jest trudne. Sami lubimy dobrze się bawić, trochę wypić. Jeśli publiczność pije, w porządku - jeśli fani są szczęśliwi, szczęśliwi jesteśmy i my.
MUAM: Dla mnie osobiście zdecydowanie przyjemniej jest pamiętać to, co działo się na koncercie, przeważnie są to przecież bardzo miłe wspomnienia, ale masz rację, każdy decyduje o sobie sam.
Johnny: Mam wiele wspomnień z polskich koncertów - często przemili ludzie czymś nas obdarowują. Kiedyś często był to własnoręcznie robiony alkohol, dziś są to nieco inne rzeczy - ostatnio dostałem ogórki i dużo słodyczy - wiem, że lepiej ich ze sobą nie łączyć (śmiech). Z biegiem lat fani znają nas coraz lepiej i poznają moją miłość do polskiej kuchni. Tu jest zawsze miło, jest dużo pozytywnej energii i takiego ludzkiego ciepła.
MUAM: Wracając do muzyki, ale w sumie aż tak daleko od picia nie odbiegając - wiele osób kojarzy The Rumjacks z jedną szczególną piosenką "The Irish Pub Song". Jak postrzegasz ją po latach? Nie masz już trochę dość grania jej co wieczór? Jest tyle innych fajnych piosenek w Waszym repertuarze...
Johnny: Wiesz, ona już chyba zostanie na stałe. Rozmawiałem z wieloma zespołami, oglądałem też wiele wywiadów i chyba każdy zespół ma w swoim repertuarze taki utwór, który jest zobowiązany grać co wieczór, z którym go kojarzą. To jest faktycznie nieco męczące i nużące, bo przecież jako artysta też chcesz czerpać radość z występu, z drugiej jednak strony zależy ci na tym, by dostarczyć fanom tego, na co czekają. Trzeba to jakoś pogodzić.
"The Irish Pub Song" stała się dla wielu fanów furtką do naszej twórczości. Dzięki niej przyjechaliśmy do Europy, dzięki niej usłyszało o nas wiele osób. Od jej wydania ukazało się wiele innych naszych piosenek, z których szczerze mówiąc jesteśmy o wiele bardziej dumni i które nadal lubimy grać na koncertach, ale pewnie zawsze będzie tak, że ludzie będą na tę piosenkę czekać. Nie mam z tym problemu. Zdecydowanie to nie jest mój ulubiony utwór The Rumjacks, od jego wydania minęło prawie dwadzieścia lat, ale zawsze będzie czaić się gdzieś tam w cieniu...
MUAM: Macie wiele innych piosenek ze znacznie ważniejszym, cenniejszym przesłaniem, ale gdy wsłucha się w tekst tego przeboju okazuje się, że wcale nie jest taki leciutki - jest tu drugie dno - to satyra na komercjalizację irlandzkiej kultury.
Johnny: Cała ironia polega na tym, że ludzie śpiewają tekst tej piosenki nie znając jej znaczenia, nie zastanawiając się nad nim. Po prostu słowa "irish pub" zapadają w pamięć i melodia wchodzi w głowę, ale skoro świetnie się przy tym bawią, w porządku. To utwór o niezrozumieniu irlandzkiej kultury, o błędnym i powierzchownym jej postrzeganiu, czego odzwierciedleniem są chociażby te wszechobecne przaśne "irlandzkie" puby, które z faktyczną "irlandzkością" niewiele mają wspólnego.
![]() |
| fot. mat.prasowe |
MUAM: Czy teksty utworów The Rumjacks bazują na Waszych osobistych doświadczeniach? Pada w nich wiele słów na temat frustracji z powodu społecznych nierówności, różnic klasowych, jest w nich dużo buntu i walki o wolność. Czytałam, że wywodzicie się z emigranckich rodzin.
Johnny: Zdecydowanie coś w tym jest. Każdy z członków zespołu ma swoje indywidualne doświadczenia. Większość z nas jest z Australii, Mike pochodzi ze Stanów Zjednoczonych, mamy też w ekipie Włocha. Moi rodzice pochodzą z Belfastu, z Irlandii Północnej, wyjechali w poszukiwaniu lepszego życia do Australii. Przeprowadzając się do Europy wybrałem właśnie Belfast.
Irlandczycy są na całym świecie, można ich spotkać praktycznie wszędzie. Wszędzie są też irlandzkie puby. Ludzie przemieszczają się w poszukiwaniu lepszego życia i z niespecjalnie wesołych powodów, co wiesz na pewno z historii. Walka o lepsze jutro, o lepszą przyszłość dla swoich rodzin to bardzo ludzki odruch, dotyczy to wielu nacji na świecie, nie tylko Irlandii. Zdecydowanie są w tekstach nasze prywatne i rodzinne doświadczenia, ale z drugiej strony są też bardzo uniwersalne przemyślenia, do których może odnieść się wiele osób na świecie - utożsamić je z własnymi doświadczeniami, szukając pocieszenia, podniesienia na duchu, poczucia, że nie jesteś w tym sam. Możesz słuchać muzyki i to jest w porządku, ale możesz też zawsze sięgnąć do tekstów, w których jest przesłanie. To, co dla siebie w nich znajdziesz, zależy od ciebie i twojej osobistej interpretacji.
MUAM: Wasza twórczość wg mnie pełni rolę takiego bliskiego przyjaciela, z którym można miło spędzić czas, odetchnąć i choć na trochę zapomnieć o problemach.
Johnny: Myślę, że muzyka ogólnie ma takie właściwości. Można znaleźć w niej wiele emocji, przesłań, odniesień do różnych sytuacji - do każdego okresu w życiu przypisana jest jakaś muzyka - czasem coś kojarzy się stricte pozytywnie i niesie miłe wspomnienia, innym razem może pełnić funkcje terapeutyczne, oswajać pewne emocje i obie opcje są jak najbardziej w porządku. Potrzebne są zarówno te smutne piosenki, jak i te wesołe. Lubimy na koncertach dobrze się bawić i większość naszych utworów ma za zadanie podnosić na duchu, ale też stworzone są po to, by tańczyć, śpiewać i cieszyć się wspólnym czasem. Jest w nich skryte przesłanie, ale nie zawsze trzeba koniecznie go szukać. Właśnie na tym polega piękno muzyki - zawsze można zagłębić się bardziej, w te dalsze, ukryte warstwy.
MUAM: Jesteś w zespole od samego początku i doświadczyłeś wielu zarówno pozytywnych jak i trudnych momentów. Jednym z najważniejszych wyzwań dla The Rumjacks był rok 2020 i zmiana na stanowisku wokalisty, czyli osoby, którą fani kojarzą z danym zespołem najsilniej. Jak patrzysz z perspektywy czasu na tę zmianę? Czego Cię ta sytuacja nauczyła? Jak czujesz się obecnie w zespole?
Johnny: Często powtarzam w różnych sytuacjach, że czas fantastycznie leczy rany, a co więcej, warto go cenić i dbać o każdy dzień. Ostatnie kilka lat z Mike'm u boku jest dla nas bardzo cenne. Ogromnie cieszymy się, że jest z nami tak wspaniała osoba. Ludzie generalnie boją się zmian. Z czasem jednak dorastamy, doświadczamy różnych rzeczy i rozumiemy, że zmiany często mogą przyczynić się do tego, że będzie lepiej. To, czy podejmiemy ryzyko zależy od nas samych i jest w naszych rękach. Może się udać, ale można też ponieść porażkę.
My się nie poddajemy, nie uznajemy porażek. Ta zmiana była dla nas najlepszym, co mogło się wydarzyć. Jesteśmy szczęśliwi, nigdy dotąd w tak pozytywnym stanie mentalnym nie byliśmy. Cieszymy się muzyką, czerpiemy radość z koncertów. Gdy twoja praca staje się ciężarem, trzeba koniecznie coś zmienić, by odzyskać miłość i pasję do tego, w czym czujesz się najlepiej i co kochasz robić. Wszystko się zmienia - okoliczności, ludzie, czas i te zmiany nie są tak straszne, jak mogą się wydawać.
Właściwie wszystko da się odwrócić w lepszym kierunku, zmienić na lepsze. Trzeba jedynie w tym procesie zmian zachować godność i szacunek. Odkąd Mike do nas dołączył, wszystko zaczęło się układać. Nasze życia zmieniły się na lepsze, jesteśmy szczęśliwsi i zdrowsi.
MUAM: Tak właśnie myślałam i bardzo mnie to cieszy. Zmiana zdecydowanie może wyjść nam na dobre, ale w kontekście przemysłu muzycznego jedna z obecnie zachodzących zmian nieco mnie przeraża. Mam na myśli rosnący wpływ sztucznej inteligencji na nasze życie, a tym samym na sztukę. Generowanie muzyki nie tylko odbiera ludziom pracę, ale przede wszystkim okrada artystów z pomysłów, z własności intelektualnej.
Johnny: Zmiany, także te technologiczne, mogą skierować nasze życiowe ścieżki na inne tory. Przemysł muzyczny zmieniał się przez lata - były CD, winyle, teraz jest streaming. To naturalna kolej rzeczy. Zmieniła się dystrybucja muzyki, zmieniły się realia koncertowe, zmieniło się wszystko, także sposób, w jaki artyści zarabiają, w jaki sztuka jest dystrybuowana, podziwiana. Można to zrozumieć.
Zawsze coś będzie się zmieniać i zawsze niektóre zmiany będą szalone, niezrozumiałe. W obecnej formie, gdy sztukę próbuje tworzyć komputer - sztuka de facto nie istnieje. To niesamowicie dziwne uczucie. Nie wiadomo, dokąd to zmierza, ale zmiany dzieją się na naszych oczach - ludzie generują sztuczne piosenki masowo, wrzucając jakieś hasła na strony czy do aplikacji. To brzmi kosmicznie, bo nigdy czegoś takiego nie robiliśmy i jako muzycy nie wyobrażamy sobie korzystać z takich narzędzi. Technologia zastępuje człowieka w wielu dziedzinach i może mu pomóc w wielu aspektach, co już w historii miało miejsce niejednokrotnie, ale nie wyobrażam sobie, by sztuczna inteligencja miała zastąpić sztukę, emocje, coś, co jest bardzo ludzkie. Nie wierzę, by AI w pełni przejęło sztukę, wierzę, że człowiek jest mądrzejszy, że piękno tworzenia sztuki i emocji z tym związanych przezwycięży technologię. Pewnie społeczeństwo się podzieli na zwolenników i przeciwników, ale taka jest kolej rzeczy.
MUAM: Dobrze słyszeć takie słowa. Ja także nie wyobrażam sobie np. koncertu granego przez roboty, które miałyby zastąpić muzyków. Są takie pomysły, ale daleko im do sztuki. Na scenie po prostu muszą stać ludzie i muszą dzielić się z publicznością emocjami.
Johnny: Dokładnie. Emocji, które wywołuje pobyt na scenie, przyglądanie się ludziom czy przyglądanie się temu, jak na Twoich oczach powstaje sztuka zastąpić się nie da. Na koncertach tworzymy wspomnienia, które są bardzo cenne i dla fanów i dla nas samych. Komputery pozbawione są uczuć i emocji. Tego AI nie jest w stanie wygenerować.
MUAM: Przed The Rumjacks kolejna inspirująca trasa koncertowa, z trzema polskimi występami. Natrafiłam ostatnio na zabawny, ale właściwie cenny filmik w sieci, w którym artyści wymieniali pięć niezbędnych rzeczy, bez których nie wyobrażają sobie przetrwania w trasie koncertowej. Co Ty byś wybrał, gdybyś został poproszony o wymienienie takich absolutnie niezbędnych rzeczy? Niekoniecznie muszą to być przedmioty.
Johnny: Dobra, wymienię to, co przyjdzie mi do głowy jako pierwsze...
dezodorant - jest bardzo ważny, nie tylko ze względu na współtowarzyszy, z którymi jedziesz w trasę, ale też w trosce o komfort fanów. Prysznic nie zawsze jest łatwo dostępny (śmiech)
woda - a właściwie dużo wody, bo nieustannie trzeba się nawadniać
słuchawki - są takie momenty, że po prostu musisz się odciąć, pomyśleć o czymś innym - posłuchać muzyki, podcastu, czegoś zabawnego. Po prostu nie myśleć o trasie, odpocząć
poduszka pod szyję - odpoczynek i możliwie komfortowy wypoczynek jest równie ważny jak nawadnianie organizmu
pozytywne nastawienie - gdy jest się pozytywnie nastawionym, jest zdecydowanie łatwiej i wiele rzeczy da się rozwiązać
![]() |
| fot. mat. prasowe |
MUAM: Zdecydowanie ma to sens. A jak już o słuchawkach mowa, to czego słuchasz na co dzień?
Johnny: Sięgam często po muzykę country. Zanim założyłem The Rumjacks, grałem na kontrabasie w zespole rockabilly. W ostatnich tygodniach sięgam np. często po twórczość kanadyjskiej artystki Claire Coupland. Country świetnie sprawdza się w trasie - można łatwo wejść w ten muzyczny świat. Staram się też znajdować czas na przesłuchiwanie nowości - zawsze dobrze jest być na bieżąco. Mam nadzieję, że odkryję dla siebie coś nowego podczas nadchodzącej trasy, że coś mnie zainteresuje. Ale country zawsze będzie mi chyba najbliższe.
MUAM: Nie jest to aż tak odległe od celtyckiego punku - country ma z nim wiele wspólnego :)
Johnny: Zawsze tym punktem wspólnym jest folk i crossover. To z pewnością oba brzmienia łączy i w sumie nie ma w tym niczego zaskakującego, że lubię tej muzyki słuchać. Country, folk, punk i wszelkie połączenia tych gatunków są mi bliskie.
MUAM: Planujecie coś nowego na nadchodzące koncerty, czy skupicie się na promocji "Dead Anthems"?
Johnny: Właściwie to jeszcze nie wiem, toczą się rozmowy na ten temat. Niebawem będziemy coś nowego nagrywać, ale o tym opowiem innym razem. Zastanawiamy się, czy włączyć coś nowego do setlisty. Wiesz, "Dead Anthems" ukazał się ledwie rok temu, dla mnie wciąż te kilkanaście piosenek jest nowych. Pracujemy nad nową setlistą, będziemy robić próby, później pewnie wejdziemy do studia.
MUAM: Zapytałam o to, bo w erze streamingu rok to całkiem sporo. Tam nieustannie musi pojawiać się coś nowego, bo ludzie nie sięgają już po całe albumy. Wybierają konkretne piosenki. Trudno jest im się skupić na dłużej i poświęcić na coś więcej czasu.
Johnny: Takie mamy czasy. Ludzie nieustannie chcą otrzymywać nowe informacje i ciągle sięgają po coś nowego. Poziom koncentracji znacząco spadł, tak niestety się teraz dzieje. Świat pędzi do przodu. Robimy, co w naszej mocy, by się w tym wszystkim odnaleźć. W danej chwili możemy nie koncertować, ale to nie znaczy, że nie pracujemy. Ciągle jest coś do zrobienia. Jak nie nowe nagrania, to planowanie tras, próby i wiele pobocznych rzeczy. Będziemy grać trasy tak długo, jak damy radę!
Johnny: Dla nas to naprawdę ważne miejsce, możesz mi wierzyć. Polska to jedno z najlepszych koncertowych miejsc na świecie!
MUAM: Super! Dzięki piękne za Twój czas, było mi bardzo miło!
Johnny: Dzięki wielkie i do zobaczenia na trasie!
The Rumjacks przyjadą do Polski pod koniec marca i zagrają w Poznaniu, w Krakowie i w Warszawie. Na koncerty zaprasza Winiary Bookings. Więcej informacji i bilety znajdziecie na www.winiarybookings.pl
Najnowszego albumu The Rumjacks, Dead Anthems, możecie posłuchać tu: https://therumjacks.bandcamp.com/album/dead-anthems




