Wszechstronny wokalista o ogromnej muzycznej wyobraźni i bardzo zdolni goście. Pełne rozmachu aranżacje i progresywne spojrzenie na rock. Emocjonalna karuzela, osobiste tematy i dużo ciekawych dźwięków dla muzycznych odkrywców. We wtorkowy wieczór w krakowskim Hype Parku publiczność miała okazję podziwiać aż cztery koncerty - każdy inny, ale w równym stopniu intrygujący. Do Polski na jedyny koncert przyjechał ze swoim solowym projektem Einar Solberg. Wokaliście znanemu z grupy Leprous towarzyszyli Jovian Moons, Raphael Weinroth-Browne i Royal Sorrow.
![]() |
| Einar Solberg w Krakowie, fot. A.Wojcińska |
Jak w szwajcarskim zegarku
Tak napiętej koncertowej czasówki i tak sprawnej zmiany sprzętu na scenie podczas klubowego wieczoru dawno nie widziałam - ekipa techniczna spisała się absolutnie na medal. Kolejni występujący artyści nie kazali na siebie długo czekać, pozostawiając publiczności ledwie kilka minut na oddech. Wszystko po to, by i tak kilkugodzinny wieczór nie rozciągnął się do absurdalnych rozmiarów i muzycy mieli czas na odpoczynek po ciężkiej pracy i przestrzeń, by przemieścić się na kolejny koncert do kolejnego miasta. Co bardzo ważne, to sprawne działanie w żaden sposób nie wpłynęło na techniczną jakość koncertów - każdy z nich był nagłośniony bardzo selektywnie, pozwalając się cieszyć każdą minutą w równym stopniu.
![]() |
| basista Royal Sorrow, fot. A.Wojcińska |
Indie pop z pomysłem
Równo o 19.30 koncertowy maraton mocnym akcentem rozpoczęli Jovian Moons. Indie rock w wykonaniu francuskiej grupy jest nietypowy, zabarwiony popową przebojowością i ujmującą lekkością. Na żywo sprawdza się znakomicie - publiczność reagowała na tę muzykę bardzo pozytywnie, kołysząc się do piosenek, które momentalnie wpadały w ucho, a zarazem pozostawiały odkrywcom przestrzeń do dalszej eksploracji. Gitarowy pop z nutą melancholii to idealna muzyka na jesień.
Półgodzinny koncert był ledwie przedsmakiem tego, co ten zespół potrafi. Mam nadzieję, że niebawem nadarzy się okazja, by posłuchać na żywo Jovian Moons w większym zakresie.
![]() |
| Jovian Moons, fot. A.Wojcińska |
Człowiek do zadań specjalnych
Jeden muzyk, jeden instrument, ogrom emocji przekazany w minimalistycznej, ale niezwykle skutecznej formie - krótko pisząc - człowiek do zadań specjalnych. Raphael Weinroth-Browne potrafi na wiolonczeli zagrać absolutnie wszystko - od kanonu muzyki klasycznej, po metal. Usłyszeć go można na ponad dwustu albumach, ale dopiero w solowej odsłonie pokazuje w pełni, na co go stać. Ze swojego instrumentu wyczarowuje absolutnie niezwykłe dźwięki, zapętlając je na żywo, w czasie rzeczywistym, budując spójną, niezwykle emocjonalną opowieść.
Swój pierwszy solowy występ w Polsce będzie pamiętał z pewnością długo, bo gdy tylko pojawił się na scenie, by podłączyć instrument, przywitała go wrzawa godna wielkiej gwiazdy. Absolutnie nie na wyrost, bo to, co zagrał odbierało mowę za sprawą techniki, precyzji i wyczucia każdej nuty. Skrupulatnie dbał o każdy detal i równowagę nastroju. Nieprawdopodobnie zdolny Kanadyjczyk zachwycał z każdą kolejną minutą coraz bardziej a i tak był to jedynie przedsmak jego umiejętności. W półgodzinnym secie zmieścił esencję swojej twórczości - reprezentantów wydanych w ostatnich miesiącach albumów "Lifeblood" oraz "Empyrean". Mógłby spokojnie grać dłużej, ale czekało go tego wieczoru znacznie trudniejsze zadanie podczas koncertu głównego, o czym w dalszej części tego tekstu...
![]() |
| Raphael Weinroth-Browne, fot. A.Wojcińska |
Wschodzące gwiazdy
Chwilę na złapanie oddechu wirtuoz miał podczas trzeciego koncertu tego wieczoru, gdy scenę opanowali Royal Sorrow. Charyzmatyczni Finowie dwoili się i troili, by rozgrzać publiczność jeszcze bardziej. Ich przebojowy rock porywa do tańca, nie stroniąc jednocześnie od technicznego kunsztu. Grupa stawia przede wszystkim na piosenki - mocniejsze, połamane, wykręcone, ale niepozbawione refrenów, które wchodzą w głowę. Czy rosną nam wielkie gwiazdy? Wszystko na to wskazuje - to świetny zespół. Z pomysłem na muzykę i z pomysłem na siebie. Już mają fanów, którzy jeżdżą za nimi po świecie. Niebawem będzie ich jeszcze więcej, tym bardziej, że są bardzo sympatycznymi, ciepłymi ludźmi.
![]() |
| Royal Sorrow, fot. A.Wojcińska |
Wokalista jak żaden inny i piekielnie trudne wyzwanie
Einar Solberg śpiewa tak dobrze, że prawdopodobnie lepiej się już nie da - to fani Leprous wiedzą nie od dziś. Solowa trasa artysty pokazała jednak jego umiejętności w pełnej krasie - tak płynnie przejść od kilkudziesięciosekundowego growlu do najczystszego falsetu i z powrotem, to nie lada sztuka, a wokalista dokonywał jej podczas krakowskiego koncertu kilkukrotnie.
Solberg rzucił sobie i swoim przyjaciołom wyzwanie niezwykle trudne - wykonać materiał podniosły, pełen emocji i filmowego rozmachu zarejestrowany we współpracy z orkiestrą w klubach rockowych, przearanżować go na mniejszy, ośmioosobowy skład i opowiedzieć osobistą, pełną zwrotów akcji historię. To nie był zwykły koncert, lecz emocjonalna karuzela, mieniąca się od zmian nastroju, tempa i wirtuozerii. Cały czas działo się coś zaskakującego - nie tylko wokalnie, choć to głos wiódł tu prym.
![]() |
| Einar Solberg, fot. A.Wojcińska |
Ośmioosobowy zespół dwoił się i troił, by przekazać emocje skryte w poszczególnych kompozycjach - czy to poprzez podniosłe partie smyczkowe grane na 2 wiolonczele i skrzypce, potężną sekcję rytmiczną, gitarowe popisy czy klawiszowe pejzaże. Tu wyjaśnia się rola wspomnianego Raphaela Weinrotha-Browne'a, którego Einar zaangażował też do odegrania swojego półtoragodzinnego spektaklu. Rola niełatwa, bo wymagająca nieustannej, precyzyjnej gry bez przerw. W podobnym charakterze wystąpił też tego wieczoru basista Royal Sorrow, który też zagrał tego wieczoru dwa koncerty. Obaj spisali się na medal, podobnie jak reszta członków zespołu, na czele ze sprawującym pieczę nad całością Harrisonem Whitem, który nie tylko bezbłędnie grał na klawiszach, ale też dodał od siebie nieco chórków oraz gitarowej wirtuozerii, ukazując się jako bardzo wszechstronny muzyk o ogromnej wiedzy.
![]() |
Harrison White, fot. A.Wojcińska |
Szczerze do bólu
Epicki, pełen rozmachu set wciągał od pierwszej do ostatniej minuty dramaturgią i rosnącym napięciem jak w dobrym thrillerze. Podniosłe nuty i orkiestrowy rozmach stały się tak naprawdę platformą dla bardzo osobistej opowieści autora kompozycji, który postanowił podzielić się z publicznością historią swojego życia - szczerze, do bólu, bez owijania w bawełnę, wyjaśniając tym samym skąd w jego twórczości niezwykle częste odniesienia do skrajnych stanów emocjonalnych, do cyklu rozliczania się z przeszłością i podnoszenia po emocjonalnym upadku, poszukiwania odpowiedzi na pytania, na które tak naprawdę nie sposób odpowiedzieć jednoznacznie.
Od kilku dni zachodzę w głowę jak na scenie czuł się sam Einar, z jednej strony niezwykle skupiony na swoim wokalnym zadaniu, by wykonać je perfekcyjnie, z drugiej zaś w pewien sposób rozliczający się z przeszłością, opowiadając niby silnym, ale pod powierzchnią łamiącym się głosem o doświadczeniu, które zmieniło jego życie i zrodziło stale powracające poczucie winy i tkwienia w samonapędzającym się emocjonalnym cyklu bez wyjścia. Mam na myśli głęboką depresję i samobójstwo jego ojca-alkoholika i przepracowywaniu tej traumy, o których mówił otwarcie przed wykonaniem kluczowych w secie kompozycji "The Glass Is Empty", rozdzierającej "The Last Milestone" z repertuaru Leprous, zagranego w duecie z Raphaelem oraz "16", tytułowym nagraniem z solowego debiutu. Jak wiele odwagi wymagało to od niego wie już tylko on sam.
![]() |
| Einar Solberg, fot. A.Wojcińska |
Mimo rosnącego napięcia i niepokoju artysta pozwolił sobie też na trochę luzu, by nie przytłoczyć zarówno widowni jak i siebie tematyką. W mocniejszych momentach tańczył w swój charakterystyczny sposób znany z koncertów Leprous. Po wykonaniu kolejnych utworów wzruszony ciepłym przyjęciem z uśmiechem dziękował. Gdzieniegdzie dodawał do opowieści nieco humoru, jak we fragmencie przywołującym moment pierwszego spotkania z Ihsahnem, liderem Emperor, człowiekiem, który miał niebagatelny wpływ na jego gust muzyczny, a prywatnie mężem siostry. Po nim wykonał absolutnie nieprawdopodobnie kompozycję "Splitting The Soul", w oryginalnej wersji śpiewaną z Ihsahenm tym razem samodzielnie - wyciągając bezbłędnie zarówno najwyższe jak i najniższe, piekielne rejestry.
Obroniły się na żywo wszystkie kompozycje - od rozpoczynającego koncert "Stella Mortua" wykonanego bardzo teatralnie, po finałowy, progresywny, kilkunastominutowy "Grex". Każda zagrana absolutnie na sto procent, stając się ważnym, nieodłącznym elementem tej nietuzinkowej opowieści - mocnej, pełnej emocji, niezwykle szczerej. Einar raz jeszcze udowodnił, że jest wielki - jest nie tylko wokalistą wybitnym i artystą o niemałych ambicjach, ale też szerokiej muzycznej wyobraźni, skupiającym wokół siebie fenomenalnych muzyków. Każda minuta tego występu była niezwykle cennym doświadczeniem.
![]() |
| Einar Solberg, fot. A. Wojcińska |
Więcej zdjęć tu:
Jovian Moons: https://www.muamart.pl/index.php/jovian-moons/
Raphael Weinroth-Browne: https://www.muamart.pl/index.php/raphael-weinroth-browne/
Royal Sorrow: https://www.muamart.pl/index.php/royal-sorrow-2/
Einar Solberg & band: https://www.muamart.pl/index.php/einar-solberg/
![]() |
| Raphael Weinroth-Browne, fot. A.Wojcińska |
Więcej o twórczości Einara Solberga tu:
https://www.miedzyuchemamozgiem.eu/2026/04/niepodrabialny-gos-i-potega-brzmienia.html
https://www.miedzyuchemamozgiem.eu/2023/06/einar-solberg-16-2062023.html
Więcej o twórczości Raphaela Weinrotha-Browne'a tu:
https://www.miedzyuchemamozgiem.eu/2025/10/raphael-weinroth-browne-zalezy-mi-na.html
https://www.miedzyuchemamozgiem.eu/2026/09/raphael-weinroth-browne-kazde.html
![]() |
| Einar Solberg & Harrison White, fot. A. Wojcińska |










