czwartek, 29 stycznia 2026

Muzyka ekstremalna, która porusza tłumy, czyli o występie Lorna Shore i ich gości w Warszawie

Ekstremalne brzmienie, nieprawdopodobne umiejętności wokalne,  miażdżące, techniczne partie i emocje na dłoni. Głos z otchłani.  Cztery zespoły i cztery różne spojrzenia na deathcore. Lorna Shore w towarzystwie Whitechapel, Shadow Of Intent i Humanity's Last Breath wystąpili w stolicy we wtorkowy wieczór, sprawiając, że warszawski Torwar  dosłownie i w przenośni zapłonął - nie tylko za sprawą porywającego występu gwiazd, ale także pełnych pasji koncertów każdego z supportujących zespołów. 

Will Ramos, Lorna Shore

W dobrym towarzystwie

Deathcore'owa publiczność to ludzie otwarci, o eklektycznym guście, którzy po prostu lubią dobrą muzykę, w której są emocje, o czym można było przekonać się tego wieczoru. By dodatkowo wzmocnić przekaz, w przerwach między koncertami rozbrzmiewały hity radiowe, z jednej strony kojące emocje i rozładowujące nerwy, z drugiej budujące napięcie, co spotkało się z pozytywnymi reakcjami i uśmiechem, a przy okazji pozwoliło przeżyć każdy z setów jeszcze pełniej. (Swoją drogą ciekawe, jak na odwrócenie kolejności i mocną, techniczną muzykę zareagowałaby popowa publiczność.) To mili i serdeczni ludzie, w których nie ma agresji, którzy wspólnie przeżywali ten wieczór, czerpiąc z każdej minuty maksimum i bawiąc się bezpiecznie. Ci, którzy czuli taką potrzebę, biegali i skakali w mosh pitach, płynęli na rękach publiki niesieni falą, inni zaś słuchali w skupieniu - każdy po swojemu i z szacunkiem dla innych. Na Torwarze spotkało się kilka pokoleń słuchaczy, niektórzy przyszli nawet z kilkuletnimi dziećmi, które reagowały na dźwięki bardzo entuzjastycznie. Ta atmosfera sprawiła, że od samego początku było wiadomo, że będzie to wyjątkowy czas. 

publiczność :)


Czy tak brzmi apokalipsa?

Od pierwszych minut wieczoru doznań nie brakowało. Humanity's Last Breath przywitali publiczność klimatycznym, mrocznym, półgodzinnym występem. Osnuci mgłą, skryci za światłami stroboskopowymi zaproponowali miażdżące, techniczne uderzenie, które hipnotyzowało całkowicie, stopniowo i nieuchronnie ciągnąc ku otchłani. Potężnie, przytłaczająco, bezkompromisowo, a jednocześnie minimalistycznie. 

Jeśli tak miałaby brzmieć apokalipsa, koniec ludzkości byłby przerażający, ale jednocześnie niezwykle ciekawy. Długie, niespiesznie budowane utwory, pełne detali sprawiły, że występ zakończył się zdecydowanie zbyt szybko. Mam nadzieję, że będzie okazja usłyszeć tę grupę w nieco bardziej kameralnych, klubowych okolicznościach - z takim materiałem zdecydowanie zasługują na headlinerski występ. 

Więcej o zespole tu: https://www.miedzyuchemamozgiem.eu/2023/08/humanitys-last-breath-ashen-4082023.html

Humanity's Last Breath
 
Na gatunkowym pograniczu 

Są w ich twórczości wpływy deathmetalowe, symfoniczne, są porywające solówki, jest energia hardcore'u. Jest też fantastyczny kontakt z publicznością. Jest wlana w muzykę cała dusza. Jest szczerość. Właściwie mogłabym powtórzyć to, co napisałam powyżej - twórczości Shadow Of Intent nie sposób dogłębnie poznać w ciągu pół godziny. Mają tak wiele do zaproponowania, że zasługują na osobny występ w pełnej krasie. 


Shadow Of Intent

Miażdżące trzy kwadranse

Mieli w swojej karierze różne momenty. Eksperymentowali z brzmieniem. W ubiegłym roku wrócili z doskonałą płytą. Whitechapel zapadli w pamięć publiczności Mystic Festival, w czerwcu 2025 roku grając potężny set w strugach deszczu. W Warszawie zabrzmieli jeszcze bardziej dobitnie - niemal skruszyli mury Torwaru swoim precyzyjnym, dopracowanym brzmieniem, przyprawiającym o zawrót głowy tempem i mocą rażenia. Nowe kompozycje z "Hymns In Dissonance" połączyli z dokonaniami sprzed dwóch dekad, ukazując je w nowym wymiarze. Dali z siebie sto procent i dla wielu przybyłych fanów ekstremów to właśnie oni byli gwiazdami wieczoru. Tak wiele wydarzyło się w ciągu trzech godzin, ale wszystko to, mimo że wykonane fenomenalnie, było jedynie wprowadzeniem do tego, co wydarzyło się po dwudziestej pierwszej 

Więcej o Whitechapel tu: https://www.miedzyuchemamozgiem.eu/2025/03/nietypowe-hymny-czyli-o-nowym-albumie.html 

Whitechapel

 

Deathcore, który wzrusza

Ekstremalna muzyka, która zamiast zagrzewania do walki i próby wyrzucenia z siebie tego, co uwiera i doskwiera, przede wszystkim...wzrusza. Choć wydaje się to kompletnie nierealne, to jak najbardziej jest możliwe. Lorna Shore to zespół nie tylko niesamowicie oryginalny i zdolny, lecz taki, który nie pozostawia obojętnym - skłania do refleksji i budzi wspomnienia, przypominając o tym, co ważne. Porusza czułe struny, jak żaden inny metalowy skład. Tak silny ładunek emocji jest po prostu nie do podrobienia. 

Deathcore to muzyka niezwykle skomplikowana, wymagająca ogromnych umiejętności, precyzji i wyczucia. Wielu lat ćwiczeń, wielu lat doświadczenia i konsekwentnego doskonalenia talentu. Lorna Shore to niezwykle utalentowani muzycy, którzy pracowali na swój sukces długo. Za sprawą połączenia sił z nowym wokalistą Willem Ramosem, który wniósł do ich kompozycji błysk geniuszu, stają się wielcy, z trasy na trasę wypełniając coraz większe sale i wkraczając śmiało na największe festiwalowe sceny. I co ważne, zarówno w tych kameralnych okolicznościach, jak i na dużej scenie są bezbłędni.

Efektem wielu lat pracy jest ich niepodrabialny styl, daleko poza deathcore wykraczający.  Choć grają ciężko, szybko i mocno, nie stronią od odrobiny przebojowości i wyrafinowania, wplatając w swoją sztukę elementy symfoniczne i alternatywne. Progresywne wyrafinowanie łączą z przyprawiającą o zawrót głowy techniką, dodając do całości odrobinę tajemniczości. Mimo że ich kompozycje rzadko schodzą poniżej pięciu minut, to i tak mają w sobie potężne, chwytliwe, niemal stadionowe refreny.  Tak, takie wykrzyczane z olbrzymią pasją. Takie, które wypluwają płuca i rozdzierają na kawałki, a gdy wsłucha się w ich teksty, coś się w człowieku zmienia - pęka bariera i wylewają się emocje. 

Will Ramos, Lorna Shore

 Grając w innej lidze

Po trzech mocnych, wywracających umysł, szalonych setach nadszedł czas na coś absolutnie specjalnego, bo Lorna Shore gra już w innej lidze.  To nie był zwyczajny koncert, lecz przemyślany, w pełni dopracowany spektakl - z piękną oprawą świetlną i wizualną, z efektami specjalnymi, ale przede wszystkim z doskonałą muzyką, która zostaje w duszy. 

Wspomniane wpływy gatunkowe złączyły się w porywającą całość, która obroniła się w legendarnej hali mistrzowsko. Nowe utwory z obłędnej płyty "I Feel the Everblack Festering Within Me" przeplatały się z nieco starszymi kompozycjami, tworząc spójną, pasjonującą całość, jak podkreślił Ramos, starannie wybraną na ten wieczór. Były chwile, w których nie sposób było ustać w miejscu i nogi rwały się do szaleńczego pogo, ale też takie, które zamurowywały i wprowadzały w trans. Te kontrasty trudno ogarnąć umysłem. 

Eksplodująca z mocą armaty lawina emocji wylała się podczas trzyczęściowej suity "Pain Remains", przy której łez wzruszenia nie dało się już utrzymać w ryzach. By ostatecznie postawić kropkę nad i, całość zwieńczył wbijający w ziemię "To The Hellfire". Każdy z fragmentów spotkał się z ogłuszającą wrzawą - szczerą i pełną pasji, zupełnie jak muzyka, która rozbrzmiewała ze sceny. 

Lorna Shore
 

Szczerość się opłaca

Po tak ciepłych reakcjach i docierających zewsząd pochwałach łatwo o samozachwyt. Mimo ogromnego sukcesu muzycy pozostają niezmiennie sympatycznymi, skromnymi ludźmi, którzy doceniają każdy moment spędzony na scenie i każdy koncert grają na sto procent. Nie bawią się w udawanie, zachwalanie ludzi, zbędne teksty - po prostu robią swoje. Tę szczerość się czuje. Publiczność niemal jadła zespołowi z rąk, wpatrując się w muzyków z podziwem przez szklące się od emocji oczy i szalejąc w najlepsze, gdy moment był ku temu odpowiedni. Nastrój podkręcały genialne wizualizacje wyświetlane na ogromnych ekranach oraz  słupy ogni i klimatycznego dymu.  

W centrum uwagi był nie tylko wokalista, ale właściwie każdy z muzyków grupy. Gitarzyści dawali z siebie maksa grając rozdzierające solówki, a sekcja rytmiczna trzymała zawrotne tempo. Nieco ponad godzinny koncert był tak intensywny, że trudno byłoby więcej emocji w nim zmieścić. Wyeksploatował totalnie, niosąc jednocześnie to, co najcenniejsze - spełnienie i oczyszczenie. 

To absolutnie wspaniałe, że tak ekstremalna muzyka dociera do coraz większego grona odbiorców. Jestem ogromnie wdzięczna, że mogłam tych emocji doświadczyć.